Archive for Grudzień, 2012


Rejs po rzece Tonle Sap- w drodze do Phnom Penh

Po milo spedzonych trzech dniach w ruinach Angkor i dwoch dniach zasłużonego odpoczynku ruszyliśmy dalej do stolicy Kambodzy Phnom Penh. Pisze o zasluzonym odpoczynku, bo przez te 3 dni pokonaliśmy prawie 150 kilometrow, pieszo i na mocno podniszczonych rowerach, uporaliśmy się z kilkoma awariami tego wysłużonego sprzętu, a i upal dal się nam mocno we znaki.

Do Phnom Penh wybraliśmy się czyms w rodzaju wodolotu, który najpierw pokonal trase z Siem Reap przez wioski na palach i plywajace targi, potem wplynal na jezioro Tonle Sap, a następnie w rzeke o tej samej nazwie, która zaprowadzila nas już prosto do Phnom Penh. Mielismy wyplynąć cos kolo siodmej rano, wiec o szóstej, zgodnie z instrukcja agencji, w której kupiliśmy bilety, czekaliśmy grzecznie na minivan do przystani, jakies 15 kilometrow za miastem. Dzien budzil się do zycia, wiec z położonego nieopodal buddyjskiego klasztoru dochodzily glosne spiewy mnichow, chciałem brac rower i jeszcze tam wpaść, ale było już z 15 po szóstej, wiec pomyslalem, ze transport będzie lada chwila, a średnio by było się z nim minac. No wiec czekaliśmy tak przed hotelem wsluchujac się w te spiewy, a wokół robilo się coraz jasniej. Troche zaniepokojeni poszliśmy wiec do hotelu obok, w którym znajdowala się agencja, ale zapewniono nas, ze wszystko jest okej, i żeby czekac, a ktoś się zjawi. Żeby nie przynudzać, poczekaliśmy tak do wpol do osmej (przypominam, lodz miała wyplywac o siódmej) trochę się niepokojac i planując jakby tu dotrzeć do stolicy innym srodkiem transportu. Kuchnia była już otwarta, ale nic nie zjedliśmy, bo posiłki przygotowywano na zamówienie, co było dobre, gdy się człowiek nie spieszyl i mogl poczekać, ale teraz czekaliśmy na samochod, który miał się pojawić lada chwila, wiec odpuściliśmy.O tej wpol do osmej, patrzymy, leci jakiś koles biegiem w nasza strone, okazuje się kierowca miniwana, który jest już pelen wiary, wsiadamy szybciorem i w droge. Okazalo się jednak, ze busik miał po drodze jeszcze trzy przystanki, gdzie planowal zabierać dodatkowych pasazerow, myśmy byli zadekowani na tylnym siedzeniu we trojke jeszcze z jakas laska, której powoli puszczaly nerwy, w sumie nie wiem dlaczego, bo nam było wygodnie i nikt się nie przepychal, z przodu było znacznie gorzej. Gdy busik zatrzymal się po raz kolejny i okazało się, ze ma wsiasc jeszcze dwoje pasazerow z Japonii, ( nawiasem mowiac z mega eleganckiego hotelu, ten ich boy hotelowy jak zobaczyl w co maja wsiadać sam się mocno zdziwil), miejsca nie ma już wcale, a fura ledwo jedzie i jest goraco, lasce puscily nerwy dokumentnie i zaordynowala opusczenie srodka transportu, a ze była z mama, to się poluznilo, dwojka wsiadła i pojechalim na przystan. W sumie nie wiem, co by było, jakby się ta laska uparla, żeby zostać, a Japonczycy, żeby wsiasc, ale jakos się rozwiazalo. Samochod wyjechal z miasta i udal się w kierunku przystani pokonując tereny pogrążone w skrajnej biedzie, z rozpadającymi się chałupami, z ludnoscia pochowana w czyms w rodzaju namiotow wykonanych ze szmat i folii, z wychudzonymi psami i bydlem, dziurawa gruntowa droga, no dramat. Naprawde człowiek docenia swoje zycie, komfort codzienność, a narzekanie na cokolwiek nagle wydaje się glupota i fanaberia. Z wielka bieda spotakamy się jeszcze w Phnom Penh. Gdy dojechaliśmy do przystani nasz pojazd dosłownie oblegla okoliczna ludność w liczbie tak na oko dwudziestu osob, czyli dwóch na jednego pasażera, oferując usługi i towary wszelakie. Zazwyczaj nas to odpycha, ale po tym, co zobaczyliśmy po drodze, jakos tak człowiek nabiera innego stosunku. I tak mielismy do kupienia sniadanie, bo od razu sprzedawcy informowali, ze na lodzi nie ma jedzenia (w co zwykle nie można wierzyc, ale tym razem była to prawda), wiec kupiliśmy od nich jakiś chleb, ser, cos do picia i wszyscy byli zadowoleni.

Szesciogodzinna podróż wodolotem minela bardzo szybko, bardzo lubimy ten srodek transportu, szybciutko, mimo wygodnych foteli i klimatyzowanego wnętrza, usadowiliśmy się na samym dziobie i chlonelismy widoki chłodzeni bryza. Teoretycznie wstępu tam nie było, z kabiny wchodzilo się po malym rancie bez barierek, ale nikt nie zwaracal na nic uwagi. Rozlozylismy się z plecakami obok kilku poharatanych Australijczykow i cieszyliśmy się podroza (jeden dosyc mocno, szwy, bandaz wokół glowy z przesiakajaca krwia, zamkniete od opuchlizny oko), mowili później, ze się poprzewracali na imprezie, ale chyba nie wierze. Ostrzegano nas, ze slonce na tej lodzi opala masakrycznie, wiec w sumie cieszyslismy się, ze schowalo się za chmurami. Wynurzylo się zza nich po gdy już pokonaliśmy znaczna czesc trasy i wplynelismy w rzeke i chyba niestety trochę zlekceważyliśmy powage sytuacji, bo zlapalo nas momentalnie i do Phnom Penh wplywalismy mocno podpieczeni, co miało się jeszcze pogorszyć. Za glupote się placi. Na lodce rzeczywiście nie można było kupic jedzenia, było za to zimne piwko, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. Australijczycy umierali z glodu, wiec Monia dala im jakies vifony i wafelki, które na wszelki wypadek mamy zawsze przy sobie. Byli mega wdzięczni i częstowali nas w zamian czym innym, ale akurat nie mielismy ochoty i zostaliśmy przy piwku. Ogolnie zajebista podróż.

IMG_1164

IMG_1168 WH3A0830 WH3A0831 WH3A0838 WH3A0842 WH3A0846 WH3A0848 WH3A0852 WH3A0865 WH3A0868 WH3A0880 WH3A0891 WH3A0892 WH3A0897 WH3A0901 WH3A0909 WH3A0914 WH3A0915

Filmik na You tube

https://www.youtube.com/watch?v=Vhl2mu0F7yg

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Bilet na wodolot kosztuje 35$ i mozna go kupic w kazdej agencjo turystycznej. Podroz trwa okolo 6 godzin. na lodce nie mozna kupic jedzenia, tylko napoje.

Siem Reap – Angor

Monia:

Angor w Kambodzy to najwiekszy kompleks swiatynny na swiecie o powierzchni ponad 400 kilometrow kwadraowych.Miedzy IX a XV wiekiem byl stolica Imperium Khmerskiego, jednego z najpotezniejszych i najwiekszych w historii Azji Poludniowo-Wschodniej. W XI liczac ponad milion mieszkancow byl najwiekszym miastem owczesnego swiata. W XV miasto calkowiecie wyludnialo, jedni twierdza, ze z niewyjasnionych przyczyn, inni, ze z powodu najazdow Tajow.Miasto zostalo zapomniane i pochloniete przez dzungle. Dopiero w XIX w, za czasow kolonialistow francuskich zostalo odkryte i oddane swiatu.

Angor najczesciej kojarzony jest z Angor Wat, glowna swiatynia miejska, ale swiatyn jest tu kilkadziesiat. Budowane one byly ponad 300 lat, podczas ktorych zmienialy sie przekonania religijne władców imperium stąd też zaskakująca różnorodność stylów od Hinduistycznego do Buddyjskiego.

Na dokladne zwiedzanie kompleksu potrzebaby kliku dni, my wybralismy opcje 3-dniowa, bilet za 40 dolarow.W naszym guest housie mozna bylo wziasc rowery za darmo, wiec bez zastanowienia odrzucilismy opcje zwiedzania tuk tukiem czy minibusem. Jak to mozna bylo sie spodziewac po darmowych rowerach, w pierwszy dzien dostalam takie male czarne karlowate cos, na ktorym kazdy pokonany kilometr dal sie we znaki. Na drugi dzien, z zamiarem pokonania dluzeszej trasy wybralismy juz naszym zdaniem lepsze rowery. Po trzeciej swiatyni powietrze uszlo mi z detki ( a mielismy zamiar zobaczyc jeszcze 8). Na nasze szczescie kierowca tuk tuka mial pomke. Po krotkim przemysleniu postanowilismy jechac dalej zamiast zawracac do domu. No ale co sie odwlecze to nie uciecze i po okolo 2 godzin flak pojawil sie znowu. Tym razem szczecie nam nie dopisalo i wracalam na flaku przez nastepne 7 km, dopoki nie dojechalismy do lokalesow czyszczacych motory. Tam bez problemow dopompowali mi kolo i juz szybciutko dojechalismy do domu. Trzeci dzien zwiedzania minol nam bezproblemowo, o dziwo jak na Kambodze :)

Kompleks swiatyn robi piorunujace wrazenie. Chodzimy po tym ruinach i mysl o zaprzeszlym zyciu sama wbija sie do glowy…jak to kiedys bylo. Najbardziej podobaly nam swiatynie lekko na uboczo jakby zapomniane przez turystow, gdzie dzungla i spiewy ptakow dominuja. Glowne swiatynie jak Angor Wat czy Angor Thom przypominaja raczej deptak nadmorski, gdzie blyski fleszsow mieszjaja sie z jazgotem rozchichotanych turystow. Zdecydowanie cos nie dla nas. Kolejki, przepychania i tlum. Do tego strasznie nachalni lokalesi sprzedajacy na kazdym rogu kadzidelka, wode, cole, praktycznie wszystko. Podjezdzajac rowerem juz slyszymy “lady buy something”, czy ” mister buy this or that”. Generalnie reaguje na ta nachalnosc znacznie spokojniej niz Marcinek i staram mu sie tluczayc, ze kazdy stara sie zarobic jak moze, ale nawet moja cierpliwosc ma swoje granice.  W takim miejscu czlowiek oczekuje wyciszenia, kontemplacji i podrozy w czasie. Pod tym wzgledem Sukhothai podobalo nam znacznie bardziej.

Siem Reap – troche leniuchowania

Jak napisalismy wczesniej, leniuchujemy sobie w naszym hotelu i odpoczywamy fizycznie i mentalnie. Od przyjazdu nie mielismy jeszcze takiego dnia, wiec korzystamy z kazdej chwili :)

WH3A0492

aja IMG_0929 IMG_0933 copy IMG_0931 copy WH3A0487 WH3A0485 WH3A0477 amarcin

Kambodza wita – Siem Reap, scam z taksowka i pozar

Nastepnego dnia wcześnie rano pobudka (i tak spalo się średnio, bo znow był niemiłosierny hałas), taksowka na dworzec i autobus do granicy z Kambodza. Granice przekraczamy pieszo nie dając się naciac na tajskie taksówki do Siem Reap, dokad zmierzamy, formalności załatwiamy względnie szybko i jesteśmy w Kambodzy. Kontrast kolosalny, goraco, kurz. W internecie wyczytaliśmy, ze z granicy można wziac za 40-50 dolarow taksowke do Siem Reap i decydujemy się na te opcje, bo jesteśmy nieco zmeczeni a to kolejne chyba 150 kilometrow. Akcja z taksowka była dziwna, nagabuje nas koles, mowi, ze 35 dolarow, czyli taniej, niż niejednemu udaje się stargować, a my targujemy się slabo, ale obok stoja jacys kolesie w mundurach (dwóch w dwóch roznych, teraz myslimy, ze to byli przebierancy), akcja ma miejsce pod sama granica, wiec człowiek się jakos pewniej czuje. Wsiadamy, po czym kierowca wrecza tym mundorowym jakas dole w lokalnej walucie, wsiadamy. Czuje się nieco niepewnie. Po chwili koles z glownej skreca w boczna uliczke i wjezdzamy w jakies przygraniczne slumsy. Pytamy o co chodzi, koles, ze musi odebrać kolo. Podjezdza do jakiejś chatki, kula to kolo w strone bagażnika, otwiera go, w srodku oczywiście nasze plecaki. Wyciaga je, Ja nadal mysle, ze cos jest nie tak, Monia mowi, ze spoko, przypilnujemy plecakow i będzie dobrze. Spakowal, jedziemy dalej. Za chwile znowu zbaczamy z glownej, trzeba zatankować, znowu jakies kurwa totalne zadupie, chatki jakby nie miały prawa się w ogole trzymać kupy. Koles wysiada, otwiera bagażnik, uprzednio zamykając nasze drzwi. Cos jest ewidentnie nie tak. Otwieraj drzwi, mowie do kolesia, a on na to, ze po co. Monia, az jej nie poznałem, podnosi glos i mowi otwieraj drzwi kurwa koles natychmiast. O dziwo otworzyl, Monia wysiadla, patrzy na te sytuacje i się pyta, czy chce wysiadać. Drugi raz nie trzeba mnie było pytac, bagażnik był już otwarty, wiec wzielismy plecaki i mówimy do kolesia, ze ma spadac. On na to, ze jak to, ze on już przecież zaplacil 10 dolarow policjantom, ze nie można itp. Acha jeszcze zapomniałem, ze kolez co jakis czas dzwonil gdzies z komory i z kims gadal. Z kim i oczym nie wiemy i już się nie dowiemy. Monia, znow jej nie poznalem, mowi, do kolesia ze chyba jest pojebany, ze co ja to obchodzi, i ze w ogole po co on wogole policjantom dawal jakas kase. Z plecakami ruszyliśmy przez te slumsy do glownej, na szczęście było blisko, i potem glowna z powrotem na granice. Był jeszcze lekki nerw, bo koles caly czas za nami powili jechal i chyba nawet zachecal do wsiadania z powrotem, potem jechal przed nami, ale przed sama granica zniknal. Wsiedlismy do darmowego autobusu, za 5 minut byliśmy na terminalu i z grupka naprędce zebranych do kupy osob-turystow ruszyliśmy minibusem za 10 dolarow od osoby do Siem Reap. Stres ustapil, znow było zajebiscie, podróż minela w milej atmosferze, poznaliśmy tez pare turystow z Warszawy przy okazji wymieniając wrazenia z dotychczasowych wojaży, no fajnie.

W Siem Reap byliśmy jakos kolo szesnastej i mimo głodu, w pierwszej kolejności postanowiliśmy znaleźć pokoj, by już nie musiec się tym przejmować. Okazalo się, ze trafilismy tukiem do centrum, hotel, który był naszym pierwszym wyborem wydawal się być nieco daleko, a drugi wybor był wolny, ale tylko na jedna noc. Nie chciało się nam następnego dnia przenosić wiec poszukaliśmy czegos innego, lokalizacja wydawala się okej, blisko rynku dziennego, wiec w nocy spokojnego, blisko centrum, blisko barow, jedyne 10 dolarow za pokoj. Wzialismy i udaliśmy się do polecanego w minibusie lokalu, by cos przekasic. Piwo w niektórych knajpach po 50 centow (bo wszystkie ceny, mimo istnienia lokalnej waluty) podawane sa w dolarach. Potem muzyka na zywo, jakiś Jimi Hendrix tribute band z Holandii, ale w sumie krotko i średnio energetycznie i noc w hotelu. Na pierwszy rzut oka Siem Reap spodobalo nam się średnio. Ciekawa kolonialna zabudowa, ale mnóstwo turystow i wyjątkowo natrętni, wręcz do granic niegrzeczności lokalesi, sprawiają, ze człowiek nie czuje się dobrze. Okolice starego targu nie maja w sobie za grosz autentyczności, teatr dla turystow, nachalność sprzedawacow, nachalność tukarzy, anchalnosc masazystow. Nienawidze tego tupu akcji i jak mowie nie, to oczekuje, ze ktoś to zrozumie. Tak w zasadzie było w Tajlandii, mimo, ze przestrzegano nas, ze tam również spotkamy się z nachalnoscia, było to jednak cos zupełnie innego, to normalnie jest człowiek z każdej strony napadany. Wysylane przez sprzedawcow jedzenia dzieciaki, by zebrac nie o pieniadza, ale o posiłek, ‘bo sa takie glodne, ze do jutra mogą umrzec’ (nie jestem lekarzem, ale poznam przyzwoicie odżywione i zdrowe dziecko) to sczyt przesady. Te dzieciaki wieszają się ludziom na rekach, obejmują, blagaja bardzo dobra angielszczyzna, nie odstepuja mimow wielokrotnych odmow, a potem już prob odpędzenia. A gdy się jakiś turisten zgadza, by kupic im jedzenie (moim zdaniem dla swietego spokoju i by odpedzic się od natręta, bo w historyjke nikt nie wierzy), prowadzony jest do konkretnej knajpy gdzie placi za danie, wlasciciel bierze kase, odpala małemu zebrakowi dole, temat jedzenia nie jest w ogole podejmowany.

Pisze o Centrum Siem Reap, żeby ktoś nie zarzucal, ze jestem niesprawiedliwy, i ze sam spotkal się z czyms zupełnie innym. Z pewnoscia to możliwe, my nie mielismy tego szczescia. Musze przyznać, ze w hotelu na przedmieściach, w których do którego się przenieslismy, jesteśmy traktowani zupełnie inaczej. Ale nie uprzedzajmy faktow.

 Kolo drogiej w nocy, może trochę wcześnie, obudzily mnie jakies niepokojące dzwieki, cos jakby była dziura w dachu i woda lala się wiadrami do srodka, robilo się coraz glosniej, jakies halasy na korytarzach(spaliśmy na najwyższym piętrze), walenie w niektóre drzwi (jestem na 99% pewien, ze w nasze drzwi nikt nie pukal, co mnie nawet wówczas cieszylo. Ale ogolnie znow mnie zlapal niepokoj, cos ewidentnie było nie tak. Nasluchiwalem tego halasu, no brzmi jak lejace się hektolitry wody, patrze za okono i widze, ze na ulicy mnowstwo ludzi, czesc stoi, czesc biega w roznych kierunkach, ogolnie bałagan nie do opisania. Ale nie było w tym, zadnej agresji, czy cos, po prostu totalne zamieszanie. Po chwili zgasło swiatlo i zapanowaly ciemności, szukam szybko latarki, budze Monie, caly czas nie wiem, o co chodzi. Wybiegam na korytarz, chce zbiegac schodami, ale pietro nizej napotykam na klatce siwy dym. Chcialem sprawdzić jak daleko da się zejść, ale stwierdzam, ze to bez sensu, bo i tak będę musial wrocic po Monie i graty, wiec szkoda czasu. Kaze się Moni jak najszybciej pakowac, widze, ze wszystkie pokoje sa puste, drzwi pootwierane, rzeczy ludzi zostawione tak, jak lezaly. Wybiegam, na taki balkonik z przodu budynku i daje znac policjantom na dole, ze jesteśmy wewnątrz. Widze, plonie ten dzienny targ zaraz kolo nas, wlasciwie nie obok, tylko on ten nasz hotel otaczal taka jakby podkowa, teren hotelu był otoczony wysokim na poltora metra ceglanym murem, który poki co powstrzymywal plomienie, ale dymu była w budynku cala masa. No wiec wybiegam na ten balkon, patrze jak sprawa wygląda, trzecie pietro, nie damy rady wyskoczyć,m schody od strony marketu zadymione, ale nie wiem jak mocno. Gdy zobaczyłem, ze to pozar, trochę się uspokoiłem, przynajmniej widzieliśmy co jest grane. Nasilajacy się hałas to nie była lejaca się woda, tylko trzaskające w drewnianych balach plomienie. Na targu sprzedają tu glownie roznego rodzaju tekstylia, ubrania, drewniane rekodzielo, pali się to wszystko jak zloto, a towar na noc zostaje wewnątrz. Wracam do pokoju kontunuujemy z Monia jak najszybsze pakowanie, do pokoju wpada dwojka policjantow i kaze jak najszybciej się wynoscic, tak jak inni, bez niczego. Uspokoilem się jeszcze bardziej (na ile to było to oczywiście możliwie, wiadomo, ze stres był zajebisty), bo wiedzialem, ze skoro ci policjanci weszli po nas na gore, to schody sa do przjsccia. Na nasza zdecydowana odmowe wyjścia bez plecakow policjanci pomagają nam się pakowac, biora na siebie czesc gratow, my na siebie pozostale i schodzimy na dol. Wyjscie było w miare okej, może dlatego, ze obawiałem się zupełnego braku widoczności, a cos tam w tym latarkach widzieliśmy. Na zewnątrz zaczynaly podjezdzac pierwsze jednostki strazy poznarnej, ludzie mowia, ze dwa wozy już były, ale akurat nie chciały dzialac sikawki i wypompowali tylko wode z jakiegos zbiornika, po czym plomienie znow zaczely nabierać intensywności. Usiedlismy z Monia trochę z boku, by sie nieco uspokoić, napic wody, bo dym piekl w gardlo i ogolenie ogarnąć co się dzieje. Plecaki mielismy na oku, bo wszedzie krecilo się mnóstwo lokalesow, a doświadczenia z ich cwaniactwem, mielismy, poki co, nieciekawe. Zaczely zjezdzac się kolejne wozy strażackie, akcja szla slabo, bo na gorze był blaszany dach, po których ta cala woda splywala, wewnątrz takie przepierzenia, ze dawalo rade gasic tylko frontowe takie male kubiki, wyzwalalo to dym i pare, chopaki nie mieli masek tlenowych, nint nie wchodzil do wewnatrz, chaos absolutny, miejscowi zjazdzaja się na skuterach z samochodowymi gaśnicami na dwumetrowe plomienie, inni proboja zachodzić od drugiej strony podkowy, by ratować towar, w międzyczasie zbiera się coraz więcej gapiów, laska, która miała pokoj kolo nas mi się pyta, kiedy nam oddadzą kase za pokoj, no kosmos. W międzyczasie Monia nalega, ze chce zrobić pare zdjęć, na co z niechecia przystaje i zostaje z bagażami sam, starając się tylko miec ja mniej więcej na oku. Po jakichś dwóch godzinach, już po przyjeździe specjalistycznego ciężkiego sprzęty z lotniska udaje się jakos nad tym zapanować, co chwila odradzają się ogniska ognia, dymu co niemiara, koles z hotelu mowi, ze można spokojnie wracac do pokojow, pozostaje się smiac. Zostajemy na zewnątrz jeszcze jakiś czas, ale gasnie oświetlenie uliczne i zapadają ciemności. Zaczynam czuc się niepewnie i wracamy na teren hotelu, gdzie staly dwa wozy strażackie, ze trzech policjantow i było względnie jasno. Tam czekamy do chyba szóstej rano, powoli zaczyna być jasno i postanawiamy wrocic do pokoju. Jest nadal trochę dymu, ale w zasadzie tyle samo co w lobby hotelu, gdzie siedzieliśmy, wiec co za roznica. Nie ma pradu, nie ma wody, nie ma klimy, nic, a goraco jak cholera. W swietle ledowych latarek zauważamy drobinki pylu w powietrzu, zakładamy na twarz jakies bandanki , gadamy chwile i idziemy spac. Acha, z racji, ze nie było pradu, to szefostwo hotelu poustawialo na schodach i korytarzach zwykle woskowe swieczki, które tak się bez nadzoru powoli palily. Spalem chyba dość niespokojnie, bo obudziłem się po godzinie w poczuciu, ze miałem tyle snow, ze jest około południa. Na dworze zaczynaly się pierwsze krzyki, bo jezyk jest tu nieco inny niż w Tajlandii. Być może niesprawiedliwie to oceniam, bo po pierwsze w Tajlandii ludzie mowia wyjątkowo spokojnie, wiec kontrast może wydawac się większy, a po drugie ten pozar był z pewnoscia dla lokalnej spolecznosci bardzo traumatyczny, a niektórzy ze sprzedawcow stracili caly towar i miejsce pracy, ale jezyk tutaj znacznie się od sposobu mowienia Tajow. Jakies krzyki, komendy, dużo nerwowości, dodatkowo hałas dobiegający ze zglisz, które zaczęto już porzadkowac sprawil, ze już wtedy wiedziałem, ze z pewnoscia nie zostaniemy dluzej, choć Monia trochę nalegala, żeby zostać i chociaż w ten skromny sposób wspomóc wlascicieli hotelu, którzy byli przyjazni, choć mocno podłamani, bo wielu gości w ogole nie wrocilo na noc, a hotel był zniszczony, brudny i zalany, bo przez niektóre z pokojow pociagnieto weze i stamtąd lano wode, by dogasić tlace się ruiny.

Byliśmy w samym centrum okolicy, w której, co w zrozumiale, panowal jeden wielki nerw. (mam wrazenie, ze Tajowie zamiast calej tej napinki, szukaliby ciszy, spokoju i ukojenia  medytując w chłodzie u stop posagu Buddy, to oczywiście uproszczenie) Nie tak chcemy spedzac ten czas, nie odpowiadalo nam to na tyle, ze postanowiliśmy przenieść się z centrum kawalek dalej, do ciszy i spokoju, czyli hotelu The City Garden Villa, tego naszego pierwszego wyboru z internetu, do którego wczoraj nie dotarliśmy. Miejsce okazało się super, zaledwie 15 minut pieszo, kto nas zna, ten wie, za takie odleglosci, to jest nic, siedzimy w chłodnym basenie, albo wisimy w hamakach i pijemy piwo po tradycyjnej Khmerskiej obiadokolacji. Jednym słowem spokojniejemy i cieszymy się na zwiedzanie Anghor Wat i całego kompleksu historycznych buddyjskich i hinduistycznych swiatynnych ruin, dokad wybieramy się rowerami. Stad nawet bliżej.

Po paru dniach przeczytalismy w lokalnej gazecie, ze 8 ludzi splonelo w pozarze :(

 WH3A0436 WH3A0437 WH3A0438 WH3A0439 WH3A0445 WH3A0451 WH3A0453 WH3A0454 WH3A0463 WH3A0464 WH3A0467

IMG_0925

Link do filmu na you tube

http://www.youtube.com/watch?v=q6mQEpvOAQ8

Nowy Bangkok – zupelnie inna dzielnica

W nowym Bangkoku stoi 48-smy pod względem wysokości budynek na swiecie, 309 metrow, Bangkok Sky Tower. Uwielbiam panoramiczne widoki i Monia zabrala mnie tam w ramach niespodzianki po zmroku. Widoki fantastyczne, do tego w cenie piwo na szczycie, taca popkornu i czipsow. Rewelacja, znow byliśmy zachwyceni i znow gadaliśmy, ze chyba chcielibyśmy tutaj kiedyś zamieszkac na dluzej. Nie każdy jednak lubi wielkie miasta, a to jest z gatunku tych hardkorowych, ludzi masa, zycie nie ustaje nigdy, w rejonach turystycznych muza napierdala, bo inaczej nie da się tego okreslic, do siódmej rano, targi zyja swoim zyciem, w miescie jest jak w ulu, bez przrwy slychac buczenie, szum, hałas zlewa się w calosc i tętni non stop, szczególnie fajnie slychac to wlasnie ze Sky Tower. Niestety tego dnia wracając tukiem w nasze rejony, najprawdopodobniej wysunal mi się z kieszeni telefon, w którym miałem przygotowane wszystko na wyjazd i humor nieco siadl. Monia, jak zwykle, umie zachować się zajebiscie, przedstawila problem z wlasciwej perspektywy i sam się sobie dziwiąc przestałem się w sumie specjalnie martwic, tym bardziej, ze wiedziałem, ze szanse na odnalezienie sa praktycznie zerowe.

Dwa dni później wybraliśmy się jednak do nowego Bangkoku za dnia. Powody były dwa. Glowny taki, ze przypomniało nam się, ze tuk, którym jechalismy miał charakterystyczne raczki do trzymania zrobione domowym sposobem ze sznurka z nawleczonymi kawałkami weza ogrodowego, z czego się wcześniej smialismy, oraz ze miał naklejana od srodka taka rastafarianska naklejke z liściem konopii. To były jedyne punkty zaczepne poszukiwan, dodatkowo, wydawalo się nam, ze tuk tuk był zielony. Kto kiedykolwiek był w Bangkoku wie, ze trafienie tego samego tuka w miescie graniczy z cudem, ale nic nie traciliśmy nadzieji, a dodatkowo pomyśleliśmy, ze możemy przy okazji wjechać na Sky Tower za dnia.

No wiec najpierw uderzyliśmy na wieze, tym razem korzystając z promocji wybraliśmy bilet z wliczonym nielimitowanym bufetem urządzonym w stylu plywajacego targu z nielimitowanym wyborem tajskich potraw, owocow morza, grillowanych ryb, mies, zup, owocow, deserow, no moc po prostu, kapitalny widok na miasto, do tego tanio.

Najedzeni zjechaliśmy na poszukiwania tuka. Te pojazdy to temat na osobna opowieść, napisze tylko, ze w Bangkoku kształtem przypominają nieco silnikowe trzykołowe pojazdy dla niepełnosprawnych, jakie pojawialy się na ulicach polskich miast za komuny. Odkryta, często bogato, acz rownie tandetnie, zdobiona, lakierowana i podswietlana czym popadnie maszyna to duma i oczko w glowie swojego wlascieciela. We dwoje jeździ się tym w zasadzie przyjemnie, we czworke słabiej, ale i tak jest klimat. A zdarza się widzieć upakowane rodziny, obserwowany rekord to 9 osob (widocznych, bo być może skryla się gdzies jeszcze ze trojka dzieciakow.

W każdym razie niewiarygodne w tej historii jest to, ze szukaliśmy tego tuka tak może dwie godziny, raz byliśmy już na 99% pewni, ze go mamy, ale ruch był taki, ze balem się wskakiwać miedzy samochody. Wkurw, ze było tak blisko mi wtedy powrocil, ale te raczki wężyki, wydawaly mi się trochę inne. Inny tukarz nawet oferowal usługi, pomyslalem wsiade i rusze za tamtym w pogon, ale odpuscilem. Poszlismy w miejsce, w ktorym najwięcej tuch tuków parkowalo i tam poczekamy az podjedzie ten nasz. Siedzielismy bezowocnie z pol godziny albo dluzej gapiac się jak debile na wszystkie możliwe uchwyty, po czy Monia stwierdzila, ze idzie se kupic cole. Za minute wraca pedem z wiadomoscia, ze nasz tuk stoi po drugiej stronie ulicy. Smigamy, siedem pasow w jedna strone, siedem w druga, ruch masakryczny, bo to było dzień przed urodzinami krola, wiec lecimy na najblizsza kladke, wzbudzając tym niemale zaciekawienie, bo w Tajlandii nikt się nigdzie nie spieszy. Dalismy rade, zlapalismy zielonego gada z uchwytami z weza ogrodowego, zaglądam do srodka, jest ziolo naklejone na szybie. Bingo. Normalnie radość zenitalna. Już se mysle jakiego se teledyska wlacze wieczorem, a tu zonk. Tukarz o telefonie nic nie wie, zadnego nie znalazł, nie ma i już. No coz, pogadaliśmy z nim i dwoma innymi jeczsze pare minut na migi, ale telefonu nie ma. Pomyslelismy, ze jak nie ma to nie będzie i ta historia tak wlasnie się skonczyla. Niech dobrze sluzy nowemu wlascicielowi, bo ktoś go pewnie znalazł, a stary niech trafi do potrzebującego.

IMG_0887 WH3A0160 WH3A0165 WH3A0166 WH3A0169 WH3A0170 WH3A0171 WH3A0174 WH3A0181 WH3A0183 WH3A0186 WH3A0219 WH3A0227 WH3A0354 WH3A0360 WH3A0365 WH3A0368 WH3A0369 WH3A0378 WH3A0410 WH3A0411 WH3A0413 WH3A0417 WH3A0419 WH3A0420 WH3A0421 WH3A0422 WH3A0423 WH3A0424 WH3A0425 WH3A0430 IMG_0851 IMG_0842 IMG_0797 WH3A0122 WH3A0111 IMG_0906 IMG_0899 IMG_0897 IMG_0888

Bangkok i przejazdzka lokalnym autobusem

Jedniego dnia pomyśleliśmy, żeby wsiasc do pociągu byle jakiego, tylko ze był to autobus, i pojechać tam gdzie nas zawiezie i po prostu sobie nim wrocic. Jak już wywiozl nas na totalne zadupie zepsulo sie kolo i z dalszej jazdy (i powrotu) nici. No nic, tu musi być jakas cywilizacja i na pewno pojedzie następny. Tak bez sensu nie będziemy czekac, wiec poszliśmy do lokalnego sklepiku, ja po piwo, Monia po wode, ceny lepsze niż wszędzie indziej, ludzie mega uprzejmi i usmiechnieci, mimo, ze o jakiejkolwiek komunikacji werbalnej nie było mowy. Dzieciaki, które zachęcane przez dorosłych wyciagaly do uścisku mala dlon, najpierw po tym uścisku uciekaly zażenowane, acz usmiechniete schować się za kolanem rodzica, a potem wręcz skakaly z radości. Dwie budki sprzdazy biletow, w jednym na ladzie pies i jego wlascieciel-sprzedawca, w drugiej kobieta z kotem. Historii o ich wzajemnych stosunkach można napisac milion, wiec się trochę posmialismy.

IMG_0773 IMG_0776 WH3A0126 WH3A0128 WH3A0129 WH3A0139 WH3A0141 WH3A0142 WH3A0144 WH3A0145 WH3A0146 WH3A0152 WH3A0153 WH3A0154

Krotki filmik na you tube

https://www.youtube.com/watch?v=rLVW8UK8ukU&feature=g-crec-u

Bangkok i fish spa

Byliśmy tez na tym fish spa, w którym rybki obgryzają z nog i stop luszczacy się naskórek. W pierwszej chwili lekko to laskocze, ale po przyzwyczajeniu człowiek czuje jedynie bardzo przyjemne skubanie, cos jakby delikatne impulsy elektryczne. Stopy po tym aksamitne.

Bangkok – obchody urodzin króla

Zblizaly się akurat urodziny tajskiego krola, wiec oczekiwaliśmy tego narodowego swieta z podnieceniem i rzeczywiście miasto zaczynalo coraz bardziej tetnic życiem, mimo, ze tetnilo już na tyle, ze wydawalo się, ze przyspieszenie tego tętna wywolac musi jakiś zawal. Ogromne tlumy zjezdzaly do stolicy z prowincji, wszyscy ubrani w zolte koszulki z królewskim herbem i palacy zolte swieczki. W sam dzień urodzin, czyli piątego grudnia, na trawniku wielkości chyba kilku boisk piłkarskich, tuz przed Wielkim Palacem zebral się ogromny tlum i odspiewal na czesc monarchy albo narodowe piesni, albo hymn, a może cos w rodzaju naszego ‘sto lat’, albo wszystko po kolei, przerywając kolejne piesni wiwatami i toastami, wznosząc te palace się swieczki ku niebu i puszczając lampiony. W nowym Bangkoku, do którego wybraliśmy się poprzedniego dnia autobusem, również czulo się rosnące napiecie, a tlum gestnial. Zrobilo to na mnie i Moni chyba tez, ogromne wrazenie, cos jak kiedyś, kiedy do Poznania przyjechal papież, a byłem w tych czasach jeszcze wierzący. Wszyscy ci bardzo niezamożni, ale niezwykle otwarci, usmiechnieci i radosni ludzie sprawili, ze normalnie lzy zakrecily mi się w oczach. Na miejscu był dla wszystkich poczęstunek, ale my jedynie przyjelismy od miejscowych pare swiec i palac je wyraziliśmy szacunek i podziekowalismy za goscine. Tajlandia jest zajebista. Jako ciekawostke napisze, ze krol jest zapalonym fotografem i na wielu oficjalnych zdjęciach pojawia się z wiszącym na szyi aparatem. Zlosliwie dodam, ze oczywiście marki Canon, a jak.

Nie wiem czemu filmy nie chca sie wyswietlic na stronie, ale wklepiecie linki w wyszukiwarke, to mozna je zobaczyc na you tube :)

https://www.youtube.com/watch?v=Hiru0W_OLyk&feature=g-crec-u

https://www.youtube.com/watch?v=6wCzoCDRlP0&feature=g-crec-u

https://www.youtube.com/watch?v=2AhR5-ipbVs&feature=g-crec-u

https://www.youtube.com/watch?v=JzSyT5QPvIo&feature=g-crec-u

Bo w Bangkoku jest tyle uroku- czyli Bangkok 2

Z sukhothai wrocilismy nocnym autobusem do Bangkoku, zebt troche przyzydzic na noclegu i zladowalismy w miescie o czwartej nad ranem. Z plecakami ruszyliśmy na autobus w kierunku Khao San, okazało się, ze przystanek jest nieco dalej, niż się spodziewaliśmy, dodatkowo trochę zabladzilismy, ale dalo rade i około piatej rano byliśmy w okolicy. Wszystkie hotele pozwalają na zajecie pokoju dopiero od południa, a nie chciało nam się dodatkowo po podrozy czekac tak długo. Monia wyszukala hotel, który przyjmuje gości już od czwartej rano, nie bardzo chciało mi się w to wierzyc, ale rzeczywiście, dalo rade się tam wbic tak wcześnie. Siem Oriental, raczej obskurny, jest przy samej Khao San Road, wiec nieco obawailismy się halasu, jak się okazało zupełnie słusznie, i z 5 spedzonych tam nocy chyba cztery spedzilismy z zatyczkami w uszach, ale co tam. No wiec o tej czwartej wyszliśmy jeszcze na dzielnie na male popodrozne piwko i poszliśmy w kimono. Obudzilismy się około południa z poczuciem, jakbyśmy wlasciwie normalnie spędzili noc, a doba się dopiero zaczynala.

Khaosan road o 6 nad ranem

Khaosan road o 6 nad ranem

Khaosan roan o 6 nad ranem

Khaosan Road, widok z naszego hotelu

Khaosan Road, widok z naszego hotelu

Masaz tajski na Khaosan Road

Masaz tajski na Khaosan Road

Sukhothai

Ja juz nie chce sie tak rozplywac nad tymi swiatyniami, tym bardziej, ze juz wczesniej napisalem, ze sa one w sumie do siebie podobne, ale bylismy wczoraj w ruinach kompleksu w Sukhothai I znowu zbieralismy szczeki z podlogi. Jest to po prostu niewiarygodne, zobaczcie zdjęcia.

Dzien przed naszym przyjazdem odbywalo się tu swieto swiatla Loi Ktrathong i wiem, ze się w zyciu niczego nie zaluje i tak dalej, ale mimo wszystko szkoda, ze nas tu nie było, bo podejrzewam, ze w scenerii jaka zastaliśmy dzień po całym zamieszaniu swieto musiało wygladac wyjątkowo spektaularnie. My spedzilismy je w Chiang Rai, gdzie odbyla się parada lokalnych przedsiebiorcow, i, co było najbardziej ujmujące, wybory miss lokalnych dziewczynek przy ogluszajacym akompaniamencie kapel usadowionych na odkrytych pakach ciezarowek. Niestety lampiony wyszly slabo, bo rozpetala się ulewa i mało co chciało wzbijać się w powietrze. Trochę szkoda, ale jak to mawiają, najbardziej bez sensu jest wsciekac się na pogode.

Sukhothai to trochę dziura. Poza tym historycznym parkiem z zapierającymi dech w piersiach ruinami i knajpa lokalnych rockersów, w której było milo i, jak zwykle, nocnym targiem, mało się tu dzieje. Szczepiaca nas lekarka przestrzegala przed targami i chyba pierwszy raz zrozumienlismy o co chodzilo, z ciekawoscia obserwując oferowane na sprzedaż podroby ze zwierzat różnorakich na ktorych klebily się owady najróżniejsze..

W mieścinie Sukhothai slonie chodza po ulicach, a ich wlasciciele oferuja za male pieniadze banany i pedy bambusa, by je nabyc i sprawić i słoniom i wlascicielom przyjemność. W sumie duza frajda dla osoby uradowanej faktem, ze w jego miescie wybudowano niedawno z funduszy europejskich nowa sloniarnie, i która pamięta, ze slonica poznanska Kinga zmarla ze staroście kilkanaście chyba już lat temu i dla ktorej był to jedyny kontakt z tymi sympatycznymi zwierzakami.

Pieszo nikt tu nie chodzi, normalnie jedynymi osobami, które przemierzają więcej niż dwadzieścia metrow na nogach sa turyści, w związku z czym sa latwym lupem dla tuktukarzy. Poobserwuj sobie człowieku ulice i zobaczysz, ze ruch odbywa się na kolach, dwóch, trzech, czterech, wszystko jedno, niektóre pojazdy wygladaja tak, ze na pierwszy rzut oka wydaje się, ze to nie ma prawa jezdzic. Ale jezdzi i to jak. W każdym razie pieszych brak i to tłumaczy brak chodnikow, o  którym wcześniej pisałem. Na tyle to charakterystyczne, ze jak uciekl nam ostatni autobus ze starego Sukhothai do nowego, w którym mieszkaliśmy i postanowismy lapac stopa, zatrzymal się pierwszy machniety samochod (Lexus J, klima, skora, stereo, pelen wypas) i zawiozl nad pod sam hotel, mimo, ze musial nadrabiać drogi. Koles po prostu myslal, ze jak nas nie podwiezie to jesteśmy w dupie. Zgodnie z filozofia Buddy odwzajemnimy dobry uczynek bliźniemu, w zasadzie już to zrobiliśmy.

Zyczliwosc lokalnej spolecznosci jest niewiarygodna, zwłaszcza na prowincji. Wszedzie spotykamy się z uśmiechami, pozdrowieniami, ukłonami, co oczywiście odwzajemniamy w wielka szczeroscia i serdecznoscia. Dzieci tylko czekaja by im odmachac i odwzajemnić uśmiech. Naprzeciw naszego hotelu w Sukhothai usytuowana była buddyjska swiatynia, do której zajrzeliśmy z ciekawości. Monia nie weszla do srodka, bo była nieodpowiednio ubrana, ja zajrzałem i zostałem przyjęty jak najważniejszy gość. Poczestowano mnie woda i ciastkami i zaproszono na specjalnie ustawione krzesło tuz przed pograzonymi w mantrze mnichami. Posiedzialem tam dluzsza chwile z dwóch powodow, po pierwsze coraz bardziej podobają mi się te klimaty, a po drugie było mi niezręcznie wyjść krotko po tak gorącym przyjęciu, tym bardziej, ze przez caly czas okazywano mi wyrazy szczerej symapatii.

Sukhothai leży w środkowej Tajlandii. Region ten potocznie nazywany „wielką miską ryżu”, znany jest z urodzajnych ziem.

Powstanie Sukhothai w 1238 roku przyjmuje się za narodziny królestwa Tajlandii.

Za panowania króla Ramkhamhaenga Wielkiego obszar państwa Sukhothai był większy od współczesnej Tajlandii.

W 1978 roku park historyczny Sukhothai został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 293 other followers