Zblizaly się akurat urodziny tajskiego krola, wiec oczekiwaliśmy tego narodowego swieta z podnieceniem i rzeczywiście miasto zaczynalo coraz bardziej tetnic życiem, mimo, ze tetnilo już na tyle, ze wydawalo się, ze przyspieszenie tego tętna wywolac musi jakiś zawal. Ogromne tlumy zjezdzaly do stolicy z prowincji, wszyscy ubrani w zolte koszulki z królewskim herbem i palacy zolte swieczki. W sam dzień urodzin, czyli piątego grudnia, na trawniku wielkości chyba kilku boisk piłkarskich, tuz przed Wielkim Palacem zebral się ogromny tlum i odspiewal na czesc monarchy albo narodowe piesni, albo hymn, a może cos w rodzaju naszego ‘sto lat’, albo wszystko po kolei, przerywając kolejne piesni wiwatami i toastami, wznosząc te palace się swieczki ku niebu i puszczając lampiony. W nowym Bangkoku, do którego wybraliśmy się poprzedniego dnia autobusem, również czulo się rosnące napiecie, a tlum gestnial. Zrobilo to na mnie i Moni chyba tez, ogromne wrazenie, cos jak kiedyś, kiedy do Poznania przyjechal papież, a byłem w tych czasach jeszcze wierzący. Wszyscy ci bardzo niezamożni, ale niezwykle otwarci, usmiechnieci i radosni ludzie sprawili, ze normalnie lzy zakrecily mi się w oczach. Na miejscu był dla wszystkich poczęstunek, ale my jedynie przyjelismy od miejscowych pare swiec i palac je wyraziliśmy szacunek i podziekowalismy za goscine. Tajlandia jest zajebista. Jako ciekawostke napisze, ze krol jest zapalonym fotografem i na wielu oficjalnych zdjęciach pojawia się z wiszącym na szyi aparatem. Zlosliwie dodam, ze oczywiście marki Canon, a jak.

Nie wiem czemu filmy nie chca sie wyswietlic na stronie, ale wklepiecie linki w wyszukiwarke, to mozna je zobaczyc na you tube🙂