Po milo spedzonych trzech dniach w ruinach Angkor i dwoch dniach zasłużonego odpoczynku ruszyliśmy dalej do stolicy Kambodzy Phnom Penh. Pisze o zasluzonym odpoczynku, bo przez te 3 dni pokonaliśmy prawie 150 kilometrow, pieszo i na mocno podniszczonych rowerach, uporaliśmy się z kilkoma awariami tego wysłużonego sprzętu, a i upal dal się nam mocno we znaki.

Do Phnom Penh wybraliśmy się czyms w rodzaju wodolotu, który najpierw pokonal trase z Siem Reap przez wioski na palach i plywajace targi, potem wplynal na jezioro Tonle Sap, a następnie w rzeke o tej samej nazwie, która zaprowadzila nas już prosto do Phnom Penh. Mielismy wyplynąć cos kolo siodmej rano, wiec o szóstej, zgodnie z instrukcja agencji, w której kupiliśmy bilety, czekaliśmy grzecznie na minivan do przystani, jakies 15 kilometrow za miastem. Dzien budzil się do zycia, wiec z położonego nieopodal buddyjskiego klasztoru dochodzily glosne spiewy mnichow, chciałem brac rower i jeszcze tam wpaść, ale było już z 15 po szóstej, wiec pomyslalem, ze transport będzie lada chwila, a średnio by było się z nim minac. No wiec czekaliśmy tak przed hotelem wsluchujac się w te spiewy, a wokół robilo się coraz jasniej. Troche zaniepokojeni poszliśmy wiec do hotelu obok, w którym znajdowala się agencja, ale zapewniono nas, ze wszystko jest okej, i żeby czekac, a ktoś się zjawi. Żeby nie przynudzać, poczekaliśmy tak do wpol do osmej (przypominam, lodz miała wyplywac o siódmej) trochę się niepokojac i planując jakby tu dotrzeć do stolicy innym srodkiem transportu. Kuchnia była już otwarta, ale nic nie zjedliśmy, bo posiłki przygotowywano na zamówienie, co było dobre, gdy się człowiek nie spieszyl i mogl poczekać, ale teraz czekaliśmy na samochod, który miał się pojawić lada chwila, wiec odpuściliśmy.O tej wpol do osmej, patrzymy, leci jakiś koles biegiem w nasza strone, okazuje się kierowca miniwana, który jest już pelen wiary, wsiadamy szybciorem i w droge. Okazalo się jednak, ze busik miał po drodze jeszcze trzy przystanki, gdzie planowal zabierać dodatkowych pasazerow, myśmy byli zadekowani na tylnym siedzeniu we trojke jeszcze z jakas laska, której powoli puszczaly nerwy, w sumie nie wiem dlaczego, bo nam było wygodnie i nikt się nie przepychal, z przodu było znacznie gorzej. Gdy busik zatrzymal się po raz kolejny i okazało się, ze ma wsiasc jeszcze dwoje pasazerow z Japonii, ( nawiasem mowiac z mega eleganckiego hotelu, ten ich boy hotelowy jak zobaczyl w co maja wsiadać sam się mocno zdziwil), miejsca nie ma już wcale, a fura ledwo jedzie i jest goraco, lasce puscily nerwy dokumentnie i zaordynowala opusczenie srodka transportu, a ze była z mama, to się poluznilo, dwojka wsiadła i pojechalim na przystan. W sumie nie wiem, co by było, jakby się ta laska uparla, żeby zostać, a Japonczycy, żeby wsiasc, ale jakos się rozwiazalo. Samochod wyjechal z miasta i udal się w kierunku przystani pokonując tereny pogrążone w skrajnej biedzie, z rozpadającymi się chałupami, z ludnoscia pochowana w czyms w rodzaju namiotow wykonanych ze szmat i folii, z wychudzonymi psami i bydlem, dziurawa gruntowa droga, no dramat. Naprawde człowiek docenia swoje zycie, komfort codzienność, a narzekanie na cokolwiek nagle wydaje się glupota i fanaberia. Z wielka bieda spotakamy się jeszcze w Phnom Penh. Gdy dojechaliśmy do przystani nasz pojazd dosłownie oblegla okoliczna ludność w liczbie tak na oko dwudziestu osob, czyli dwóch na jednego pasażera, oferując usługi i towary wszelakie. Zazwyczaj nas to odpycha, ale po tym, co zobaczyliśmy po drodze, jakos tak człowiek nabiera innego stosunku. I tak mielismy do kupienia sniadanie, bo od razu sprzedawcy informowali, ze na lodzi nie ma jedzenia (w co zwykle nie można wierzyc, ale tym razem była to prawda), wiec kupiliśmy od nich jakiś chleb, ser, cos do picia i wszyscy byli zadowoleni.

Szesciogodzinna podróż wodolotem minela bardzo szybko, bardzo lubimy ten srodek transportu, szybciutko, mimo wygodnych foteli i klimatyzowanego wnętrza, usadowiliśmy się na samym dziobie i chlonelismy widoki chłodzeni bryza. Teoretycznie wstępu tam nie było, z kabiny wchodzilo się po malym rancie bez barierek, ale nikt nie zwaracal na nic uwagi. Rozlozylismy się z plecakami obok kilku poharatanych Australijczykow i cieszyliśmy się podroza (jeden dosyc mocno, szwy, bandaz wokół glowy z przesiakajaca krwia, zamkniete od opuchlizny oko), mowili później, ze się poprzewracali na imprezie, ale chyba nie wierze. Ostrzegano nas, ze slonce na tej lodzi opala masakrycznie, wiec w sumie cieszyslismy się, ze schowalo się za chmurami. Wynurzylo się zza nich po gdy już pokonaliśmy znaczna czesc trasy i wplynelismy w rzeke i chyba niestety trochę zlekceważyliśmy powage sytuacji, bo zlapalo nas momentalnie i do Phnom Penh wplywalismy mocno podpieczeni, co miało się jeszcze pogorszyć. Za glupote się placi. Na lodce rzeczywiście nie można było kupic jedzenia, było za to zimne piwko, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. Australijczycy umierali z glodu, wiec Monia dala im jakies vifony i wafelki, które na wszelki wypadek mamy zawsze przy sobie. Byli mega wdzięczni i częstowali nas w zamian czym innym, ale akurat nie mielismy ochoty i zostaliśmy przy piwku. Ogolnie zajebista podróż.

IMG_1164

IMG_1168 WH3A0830 WH3A0831 WH3A0838 WH3A0842 WH3A0846 WH3A0848 WH3A0852 WH3A0865 WH3A0868 WH3A0880 WH3A0891 WH3A0892 WH3A0897 WH3A0901 WH3A0909 WH3A0914 WH3A0915

Filmik na You tube

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Bilet na wodolot kosztuje 35$ i mozna go kupic w kazdej agencjo turystycznej. Podroz trwa okolo 6 godzin. na lodce nie mozna kupic jedzenia, tylko napoje.