Kiedys zaraziliśmy Monie wędkarstwem, od tego czasu twierdzi, ze jest wytrawniejszym i cierpliwszym wędkarzem ode mnie, niech jej będzie, swoje wiem. W każdym razie na wyspie oferowane sa wyprawy wędkarskie po wodach okolicznych zatok, zdjęcia sa bardzo zachecajace, duże tuńczyki, mahi mahi oraz potwory wodne wszelkiej proweniencji, na widok których serce rusza się zwawiej, wędkarze wiedza o co chodzi. No i daliśmy się skusic, przy okazji napisze, ze wszelkimi agencjami oferującymi wycieczki należy się również bardzo ostro targować, bo cena jest zawsze do zbicia o nawet 60-70%, jak nie w jednej agencji, to w innej. Było tak zarówno w przypadku motorówki, jak i tripa wędkarskiego. Pisze, ze daliśmy się skusic, bo koles na dzień dobry na lodzi mowi, ze sezon się dopiero zaczyna, a tak wlasciwie to się nawet jeszcze nie zaczal, i ze wczoraj przez caly dzień złapali tuńczyka, sztuk jeden. Troche lipa, ale nic, lowimy, bo wczoraj była gorsza pogoda, dziś jest lepsza wiec trzymamy kciuki. Koles z załogi zarzucil 6 wedek i płyniemy. I płyniemy. I płyniemy. Aha, zapomniałem napisac, ze na lunch miały być ryby, te same, co je dopiero mielismy zlapac. Po paru godzinach takiego bezowocnego plyniecia każdy dostal do reki takie niby kołowrotki żeby sobie sprobowac polowic z dna. Wtedy cos tam zaczelo brac, kilka grouperow, kilka snapperow i pare jakichś takich rybek co się bardziej nadawaly do akwarium nic na patelnie. No ale były te groupery i snappery na lunch wiec udaliśmy się do zatoki, w której mielismy poplywac z maska i pletwami, bo była taka jakby mala rafa i skaly, a chłopaki w tym czasie przygotowaly z tych ryb lunch. Jeszcze tylko zaznacze z duma, ze najwieksza ryba na obiad był red snapper wyciagnety własnoręcznie przez Monie, a ze wstydem, ze ja nie wyciagnalem nic i w sumie trudno było mi się polapac o co chodzi z łowieniem na ten kołowrotek. Teraz już wiem, bo mi Monia później wytlumaczyla.

Plywanie było super, lubie to od zawsze i staram się przekonać Monie, mam wrazenie, ze powoli lapie bakcyla i jest pod woda coraz spokojniejsza. Oczywiście do czasu, az zaatakują jakies podwodne stwory, ale musze przyznać, ze się to zdarza coraz rzadziej. Poplywalismy tak godzinke, nawet znalazłem na dnie miedzy kamieniami zajebista murene, która, jak się podplywalo, wysuwala się z tej swojej kamiennej kryjówki i groźnie klapała ostrymi zebami. Zapamietalem sobie okolice i rozkład skal i poplynalem z powrotem na lodz po aparat, niestety po powrocie nie udało mi się ponownie tej miejscówki zlokalizować. Szkoda, ale z pewnoscia na Ko Tao będą dużo lepsze okoliczności przyrody.

Takie godzinne pływanie wzmaga apetyt, wiec swiezo zlowiona ryba, usmazona jedynie na patelni i lekko osolona smakowala wybornie, czesc pasazerow nie chciała za bardzo jesc, albo jedli ryz i owoce, wiec calkiem sporo we dwoje tej ryby zjedliśmy, a osci i ryz rzuciliśmy na pozarcie za burte, trochę się kotlowalo. Po czym ruszyliśmy w droge powrotna, uprzednio znow zarzuciwszy wedki. Osobiscie nie mialem już wielkich nadziei, ale wyłoniony w drodze losowania wędkarz numer 1 jakos tak usiadł przy tych wedkach, ja na niego patrze i widze, ze koles się zachowuje, jakby zaraz miała wziąć ryba, jakies czyni przygotowania, no było cos na rzeczy. Po 10 minutach zaterkotał kołowrotek, zbiegla się cala lodz, ryba zacieta przez załoganta, wędkarz numer 1 ciagnie rybe. Tunczyk, tak ze 2 klio, maly, ale jest ryba. Wedkarzem nr 2 byłem ja i już wtedy wiedziałem, ze tez się doczekam. Nie minela minuta i druga ryba zacieta, ciagne w sumie z malym oporem i więcej się człowiek namęczy lowiac karpie. Tu sprzet i zylka były na sztuki chyba kiklkudzisieciokilogramowe, tuńczyk, którego zwinalem był tej tak może dwukilowy, wiec nie było to żadne wyzwanie. Myslelismy, ze więcej będzie w tym wedkowaniu samodzielności, łowienia, polowania, zacinania, walki. Niestety nic z tych rzeczy, po braniu chłopak z załogi zacina rybe i przkazuje tobie, bys sobie ja nakrecil na kołowrotek. Może dla poczatkujacych wędkarzy to frajda, ale dla tak wybornych lowcow jak Monia to nie jest wędkarstwo w ogole. Po wyciagnieciu ryby jak zwykle chciałem zdjecie, mimo stosunkowo małych rozmiarow gad był bardzo silny i z każda proba wyrwania się moje palce corac mocniej zaciskaly się na jego skrzelach, portki i koszulke mam do teraz obryzgane rybia krwia, bo oczywiście nie zeszla, ale zostawiam je sobie na pamiatke i każdemu, kto zwroci uwagę na te plamy będę opowiadal jaki ze mnie doświadczony wędkarz oczywiście odpowiednio podkolorowujac histore, do czasu az sam w te podkolorowana wersje uwierzę.

Było potem jeszcze jedno branie, wedkarka numer 3 zwinela 3 tunczyka, tez popryskala krwia siebie i polowe pokładu i na tym się lowienie tego dnia skonczylo. Monia, droga losowania, została wybrana wedkrzem numer 6 wiec nie polowila w ogole. Chcialem jej oddac swoja kolejke, ale nie skorzystala, stwierdzając jedynie, ze dla niej to nie jest w ogole prawdziwe lowienie, tylko jakas namiastka. Zasadniczo trudno się nie zgodzić, ale ja i tak byłem szczęśliwy, zlapalem w koncu tuńczyka, tymi rekami, a w dodatku caly jestem opryskany krwia hehe (na zdjeciu jeszcze tego nie widac, ale potwor wierzgal dalej).

IMG_1509 IMG_1504 IMG_1500 IMG_1499 IMG_1496

Marcin ciagnie tunczyka