Musze uzupelnic relacje z Khao Sok, bo Monia zwrocila uwagę, ze w ogole nie wspominam o wyprawie w dzungle do parku narodowego i kamping w tych plywajacych domkach, o których pisalem. Wiec następnego dnia po przyjeździe z samego rana ruszyliśmy dwoma samochodami nad jezioro. Jak nam się wydawalo cool kids, czyli my, Niemcy i czesc Austriakow usadowiliśmy sie hardkorowo  z tylu na pace pick-upa, którego zresztą trzeba było odpalać na pych, bo siadl akumulator. Reszta pojechala miniwanem z szefem osrodka. Droga okazala się calkiem dluga, trwala chyba ze dwie godziny, ale po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na targu jakiejś mijanej mieściny zrobić zaopatrzenie na dwa kolejne dni. Pelne wyżywienie, woda, herbata, kawa, owoce i takie tam rzeczy były wliczone w koszt wyprawy, ale oktany trzeba było albo wziąć ze sobą, albo kupic na miejscu za nie wiadomo jaka cene. Droga wiodla malownicza dolina wśród strzelistych wapiennych skal, ale piekno parku mielismy dopiero poznac. Na przystani przepakowalismy caly prowiant, napitki i plecaki do lodzi dlugorufowej (long tail boat) cala ekipa usiadła w srodku, spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Dee (były bokser Muay Thai, osiem lat spedzil na Wyspach, bardzo fajny chłopak, od razu wiedzialemm, ze spodoba się Moni, bo ma slabosc do przystojnych Azjatow, podobnie jak ja Azjatek) i ruszyliśmy na wode. Zobaczcie proszę zdjecia poniżej, nie chce się bowiem ponownie rozplywac nad niesamowitym urokiem parku, lazurowa woda, monumentalnymi skalami, uroczymi wysepkami, roslinnoscia i tak dalej, ale obawiam się znow, ze nawet zdjecia nie sa w stanie go w pełni oddac. To miejsce naprawdę zapiera dech w piersiach. W drodze do domkow zacumowaliśmy w jednej z licznych skalistych zatoczek, żeby poskakać z klifow do głębokiej  w tym miejscu na osiemdziesiat metrow wody. Spodziewalem się czegos bardziej cywilizowanego, drabinek, poreczy otp. Okazalo się, ze jeżeli chce się poskakac, trzeba samodzielnie wdrapać się na te klify. Ze wspanaczka skalkowa nie mielismy nigdy nic wspólnego, poza pokonaniem paru łatwych sztucznych scian kiedyś w Dynamiksie, po których wchodzilo się praktycznie jak po drabinie, wiec te naturalne były nie lada wyzwaniem, trudno się było w ogole wygramolić z wody, a potem dopiero zaczynala się lekcja pokory. Ale korzystając z instruktazu Niemcow, którzy byli tam wcześniej, udało mi się wdrapać na najwyzsza polke, nie było to do końca bezpieczne, bo poslizgniecie odnaczalo upadek do wody uprzednio poprzedzony odbijaniem się od tych ostrych skal. I tak w czasie tego  wlazenia podrapaliśmy sobie kolana, lokcie, plecy itp., ale mowie, wspinacze z nas rzadni, a koniecznie chciałem skoczyć. Nigdy nie miałem problemu z wysokoscia, wręcz przeciwnie, bardzo lubie punkty widokowe, wysokie budynki, widok z samolotu itp., ale na tej skalnej polce, zaledwie kilka metrow nad tafla wody, to była inna historia. Musialem mocno zebrac się w sobie, żeby zrobić ten krok naprzód, ale było warto i wdrapywałem się jeszcze trzykrotnie. Tym bardziej doceniam smialkow, którzy skacza z klikunastu, czy kilkudziesięciu metrow. Zawsze im zazdroscilem, teraz nie wiem, czy dalbym rade, ale kiedyś sprobuje. Z Monia jest inna historia, bo ona nigdy nie przepadala za wysokoscia, tzn nie ma problemu z budynkami, ani samolotem, ale już przepascie, czy przeszklone od strony podłogi tarasy i windy stara się omijac szerokim lukiem. Tym bardziej byłem z niej dumny, ze po pierwsze weszla na nizsza polke (wtedy już w sumie wiedzialem, ze skoczy, bo zejść stamtąd byłoby trudniej niż wejść) a potem, dopingowana tym, ze nie chciala sobie zrobić wstydu, pokonala te swoja slabosc i skoczyla. I potem jeszcze raz!!! Jakos tak jest z tymi klifami, ze z dolu to wszystko wygląda na w miare okej, ale stojąc na krawędzi wrazenia sa spotęgowane, a wysokość wydaje się znacznie wieksza. Monia potem mowila, ze trzeba było wzial na gore aparat i sfilmować skok, jak on wygląda z perspektywy skoczka. No trzeba było, coz następnym razem.

Mega szczęśliwi i naladowani adrenalina ruszyliśmy w strone domkow, cala zaloga wypila po malym piwku, ludzie się poznawali i ogolnie humory dopisywaly. Zatoczka w której plywaja domki jest cudowna i moglbym tam spedzic tydzien. Do dyspozycji mielismy kajaki, jednym z nich wybraliśmy się po obiedzie na krotki rekonesans okolicy. Wycieczka okazala się być parogodzinna, oplunelismy okoliczne zatoki, Dee pozyczyl nam wedke i wskazal mmiejscowki z największymi szansami na rybe, pohasalismy po mniejszych wyspach, ktore dostępne były z kajaka i na których można zachowywać się jak dzikusy, wspaniale popołudnie. Wracalismy mocno pod wiatr (plynąc przy brzegu zatokami woda jest spokojna ale otwarta woda to inna histora), wśród wystających z wody konarów drzew zatopionego lasu. Po pierwsze cieszyliśmy się ze mamy dwa wiosla, znaczy bardziej ja się cieszyłem, bo mialem teraz pomocnika na ciężkie czasy żeglugi, po drugie o jedno z tych drzew musiala zachaczyc się nasza przyneta, bo po dobiciu do następnej wyspy zwinalem tylko pusta zylke i tyle było łowienia. I tak dobrze, bo mało nie brakowało, a zgubilibyśmy cala wedke, ale Monia zwrocila uwagę, ze tam daleko cos dziwnie wystaje z wody. Polowilismu trochę wcześniej w zatokach, ale niestety bez powodzenia, starałem się zgodnie z instrukcja zarzucać blisko wzdłuż brzegu, wiec nam się pare razy sprzet zahaczyl o brzeg, czasem taki bardziej stromy, wiec ciężko było z tego chyboczącego się kajaka zejść, tym bardziej, ze Monia zaczynala panikować i mowila, ze jak tutaj wpadnie do wody (były tam jakies zalane krzewy porosniete glonami) to na 100% dostanie zawalu. Ale nie takie rzeczy się odhaczalo i nie takie przezywalo bez zawalu.

Po powrocie z wielkim apetytem zabraliśmy się za kolacje. Wiadomo jak po takim wiosłowaniu  i kilku kapielach w międzyczasie dopisują apetyty, a nie byliśmy jedynymi, którzy podziwiali piękno okolicy. Posilki skaladaly się z roznego rodzaju tradycyjnych tajskich potraw, glownie z ryzem, ale tez z makaronem i grillowanych ryb z jeziora, pycha. Po kolacji i malym odpoczynku, zaczela się impreza i tutaj normalnie, jak to na imprezach, najpierw przy stole jakies dyskusje, rozmowy, o książkach było heheh, potem o wartościach, muzyka, pierwsze wygibasy, a potem standard. Jak wiem, z używam słowa zajebiscie non stop, ale znow tak było i fajnie się z tym dopiero co poznanymi ludzmi skumalismy. Weselne zabawy dla rozluźnienie atmosfery nie były potrzebne, ale były, wiec się posmialismy. Monie do teraz bola nogi po zabawie polegającej na podnoszeniu ustami kartonu po jakiejś butelce, od którego po każdej kolejce oddzerana była krawedz tak, ze stawal się nizszy i trzeba było schylać się nizej. Cztery osoby daly rade podnieść praktycznie samo denko, czyli dotknąć zebami podłogi stojąc na nogach. Wśród tej czworki była Monia. Reszta ekipy patrzyla na te wyczyny z podziwiem, jest to umiejetnoes z pewnoscia bardzo w zyciu przydatna. Nie musze dodawać, ze odpadłem chyba po drugiej kolejce. Za to wygrałem ekzekwo (ex equo?) z jednym z Austriakow w konkursie skokow do wody przez ustawione na krawędzi pomosty jedno w drugim plastikowe ogrodowe krzesła, takie co wchodzą w siebie nogami. Obaj pokonaliśmy dziesiec ustawionych w ten sposób jedno na drugim krzeseł skacząc nad nimi na glowke do wody i osobiście uważam to za nie lada wyczyn. Kto nie wierzy niech sobie ustawi taka wieze i zobaczy jak jest wysoka, siegala mi chyba do ramion. W przypadku skuchy nie było dramatu, bo krzesła sa lekkie i przewracaly się po prostu do wody, a skoczek i tak leciał dalej. Po zaliczonej probie na dziesięć krzeseł zadowoliliśmy się obaj remisem, bo pomost był nierówny, niektóre deski uginaly się bardzij niż inne, Monia zaczynala marudzić (jak to było z ta baletnica?) Z uczciwości musze przyznać, ze Austriak był ode mnie nieco nizszy.

Po konkursie posiedzieliśmy jeszcze na pomoście, posluchalismy muzyki, pogadaliśmy, popiliśmy pełni wrazen z całego dnia poszliśmy w kimono, bo rano udawalismu się lodzia na jezioro na wschod slonca. Wschod jak wschod, nad morzem robi lepsze wrazenie, bo slonce wylania się prosto z wody, a nie jak tutaj zza gor, było to w porządku, ale chyba dawalo się ludziom we znaki zmeczenie ostatnia noca. Za to po sniadaniu poplynelismy na trekking na porosnieta dzungla wieksza wyspe. Było to znow nieco moim zdaniem dla niektórych uczestnikow niebezpieczne, bo przy nich to byliśmy normalnie sportowcy wyczynowi. Mimo uzycia psikaczy odstraszających przykleily mi się do nog trzy pijawki, bo normalnie chodzilo się przez strumienie, pokonywalo wbrod rzeczki, geste i mokre zarosla, no i nie zwrocilem uwagi, a przede wszytskim myslalem, ze to bardziej czuc, wiec pierwsza z tych pijawek, zanim ja zauwazylem, zdazyla się już sporo napic. Podobno to niegroźne. Punktem kulminacyjnym tej wedrwki była około godzinna przeprawa przez wapienna jaskinie. Tutaj już naprawdę konczyly się żarty, zdarzaly się tam wypadki, w tym smiertelne, ale te drugie w porze deszczowej, w czasie której obecnie do jaskini już się nie wchodzi. Znaczy pewnie niektórzy wchodzą. My byliśmy w porze suchej, a i tak przejscie było nie lada wyzwaniem. Nie mamy za dużo zdjęć ze srodka z kilku powodow. Po pierwsze w jaskini były odcinki zupełnie zalane, w których woda siegala mi po szyje, trzeba było plynac, zatem zwykle aparaty (w tym sprzet Moni) ukryliśmy przed wejściem w dżungli w miejscu, w które mielismy powrocic (robiliśmy bowiem petle, a jaskinia była na przestrzal), zebralo się tego sprzętu za pewnie 50 tysiecy, nie wszyscy czuli się komfortowo przykrywając go liśćmi i zostawiając samemu sobie, ale co było robic. Monia miała luz. Mój aparat jest wodoszczelny, ale w najbardziej hardkorowych momentach zupełnie nie w glowie było mi robienie zdjęć, czy filmow (teraz zaluje) a po drugie niestety w polowie siadla mi bateria i dupa. W każdym razie jaskinia była fantastyczna w wapiennymi naciekami, podziemnymi strumieniami, jeziorkami, rzeczkami wzdłuż które trzeba było pokonać wpław lub plynac z ich nurtem, szczelinami skalnymi, takim peknieciami na klika metrow w dol, które pokonywalo się rozpierając ie tylko nogami i rekami. Upadek tam bylby naprawdę niebezpieczny i trochę martwiłem się o Monie tzn, nie o to ze wpadnie, tylko ze bedzie się bac i nie bedzie czerpać z tego doświadczenia radości. Ale nic z tych rzeczy, w przciwienstwie do niektórych uczestnikow, którzy po pokonaniu z nieoceniona pomocą przewodnika tego naprawdę trudnego dla nieznających tematu odcinka, byli wstrzasnieci i uznawali organizowanie takich wycieczek dla amatorow za nieodpowiedzialne. Powiedzmy, ze było w tym trochę racji. Ale nie za dużo. My akurat, mimo wyzwania jaki stanowila jaskinie, a może wlasnie dzieki niemu, bawiliśmy się znakomicie i z pewnoscia chcielibyśmy cos podobnego kiedyś zrobić ponownie, choć przyznam, ze jakies zapezpieczajace linki, czy cos (jak wspominałem, nie znamy się na wspinaczce) byłyby kojacym dla swiadomosci uzupełnieniem.

Jeżeli kiedykolwiek znajdziecie się Khao Sok, zdecydowanie polecamy wycieczka po jeziorze, dżungli i domki na jeziorze. Tego nie można ominąć.

WH3A1523 WH3A1532 WH3A1527 WH3A1526 WH3A1524 WH3A1519 WH3A1520 WH3A1522 WH3A1517 WH3A1514 WH3A1513 WH3A1512 WH3A1511 WH3A1509 WH3A1508 WH3A1479 WH3A1471 WH3A1465 WH3A1454 WH3A1451 WH3A1440 WH3A1432 WH3A1425 WH3A1408 WH3A1407 WH3A1401 WH3A1399 WH3A1409 WH3A1410 WH3A1416 WH3A1417 WH3A1394

 WH3A1376 WH3A1370 IMG_1829 IMG_1827 IMG_1825 IMG_1824 IMG_1823 IMG_1822 IMG_1818 IMG_1817 IMG_1816 IMG_1814 IMG_1810 IMG_1808 IMG_1807 IMG_1806 IMG_1802 IMG_1794 IMG_1764 IMG_1747 IMG_1743 IMG_1714 IMG_1710 IMG_1701 IMG_1698 IMG_1696 IMG_1678

Marcin skacze z klifu (filmik)