Malezja przywitala nas spiewem muzzezina dobiegajacym minaretu najstarszego w miescie meczetu, Kapitan keling Mosque, w ktorego okolicy mial znajdowac sie nasz hotel. Na nawigacji telefonowej znow niestety nie można było polegac (iPhone panie, znowu zatesknilem za zgubionym w Bangkoku chinczykiem), dwie godziny krazylismy po okolicy, bo to przeciez gdzies tutaj musi być, iphone się nie myli. Gowno tam, hotel był zupełnie gdzie indziej, daleko od epicentrum akcji, znaleźliśmy go w końcu, a raczej znalazł nas jego pracownik i zawiozl pod wlasciwy adres, ale wroclilismy w okolice Penang Road 10000, bo tam było zycie.

Browar masakrycznie drogi, w przeliczeniu na nasze 18 zl za piwo w sklepie (w knajpie zresztą podobnie, no może, co ciekawe, ciut taniej), no normalnie swiatopoglad i zasady nie pozwalaja mi na wydawanie takiej kasy, choć apetyt jest, dodatkowo podsycany temperatura. Na szczęście roznego rodzaju lokalne whiskacze, tekile, rumy i tak dalej w cenach umiarkowanych, choć trochę strach tego pic z obawy przed kacem rano. Wypatrzylismy tez na polce produkt ‘krajowy’, ale raczej się nie skusimy. Poki co mamy zresztą whisky przemycone z Tajlandii, wiec na wieczornego drinka na jakis czas styknie.

Jeżeli chodzi o pierwsze wrazenia, to od początku widać, ze jest to kraj znacznie zamożniejszy niż Tajlandia, o Kambodzy nie wspominając, aczkolwiek na ulicach George Town na wyspie Penang, gdzie zaczynamy malezyjska przygodę, bezdomnych jest sporo, ale stoi to w kontraście wobec reszty wyspy, która udało nam się dotychczas przelotnie zobaczyć (pisze te słowa pierwszego wieczora), gdzie luksusowych apartamentowców, zakręconych architektonicznie galerii handlowych, nowoczesnych biurowcow, zaawansowanej infrastruktury drogowej itp. jest sporo.

Kuchnia malezyjska wymiata. Struktura ludności jest zlozona, przewazaja muzułmańscy Malajowie, ale solidne piętno odcisnely mniejszości, chinczycy, tajowie, hindusi, birmanczycy, wietnamczycy, no tygiel, którego jeszcze pewnie doświadczymy. Poki co zwrocilismy szczegolna uwagę na roznorodnosc kulinarna. Kuchnia malajska to albo importowana kuchnia przybyszow, albo cos w rodzaju bardzo ciekawego fusion wplywow wszelakich. Jestem przekonany, ze do końca pobytu w tym kraju będziemy probowac dan, których nazwy niewiele nam mowia (na szczescie w wielu restauracjach, jadłodajniach, przybytkach ulicznych itp. sa fotografie gotowych potraw), mimo tego, ze zawsze interesowaliśmy się sztuka kulinarna i mielismy wrazenie, ze jakos znamy się na kuchni przynajmniej średnio (www.monikucha.pl i www.gosushi.pl ) Bardzo milo przerabiac tutaj w Malezji taka lekcje pokory, a edukacja nie będzie droga, dziś za trzydaniowa kolacje, naprawdę swietne, pachnące egzotyka i pelne różnorakich smakow dania zaplacilismy 14zl.

George Town najlepiej, jak w większości przypadkow z mniejszymi miastami, zwiedzac na piechotę. W dwa dni da rade obejść, obczytac tabliczki i obfotografować to co należy, to o czym pisza w przewodnikach i rozmawiają na lonely planet. Czlowiek dobrze wie, ze taki zaliczanie turystycznych atrakcji jest mocno srednie, ale trudno się od tego uwolnić, no bo jak to być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu, Rynku, Kosciola Mariackego itd. No wiec staramy się pierwsze dni poswiecic na odhaczenie programu obowiązkowego, by potem mieć już spokoj i tak było również tym razem. Z racji tygla, oczywistymi punktami wycieczki były Little India i Chinatown, swiatynie targi, już nie chce nudzic, Jest to bardzo glosne i kolorowe, ale mam wrazenie, ze zmysły już mamy nieco znieczulone. Troche tak, jak człowiek był maly i wyjmowal z ust gume do zucia,  bo już nie miała smaku, ale jak ja po godzinie bral z powrotem do buzi, to ten smak się znowu czulo.

No wiec obeszliśmy te meczety, hinduskie i buddyjskie swiatynie ogladajac wszystko z opadnieta jak zwykle szczeka, ale tez z mysla, ze człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy jak mocno jest umocowany w swojej kulturze i tradycji. Mam na myśli to, ze majac kontakt ze sztuka ze swojego obszaru kulturowego, człowiek latwo identyfikuje sceny, rozpoznaje obrazy, rozumie symbole i alegorie, nawet nie zdajac sobie z tego sprawy, scena z Betlejem, Matejkowski stanczyk, Weronika ocierajaca twarz, Posejdon z trojzebem, wiadomo o co chodzi i ludzie kojarzą automatycznie. Trzeba być rzeczywiscie obeznanym w kulturze danego regionu, żeby ot tak po prostu z ulicy wejść do meczetu, albo tym bardziej swiatyni hinduskiej i kojarzyć odniesienia. Szkoda, bo mam wrazenie, ze nie starczy zycia, żeby do pewnych tematow podejść przygotownaym. Kiedys myslalem, ze to przesada, ze na ćwiczenia nie wpuszczali bez zaliczenia kolokwium, teraz wiemy, ze miało to jak najbardziej sens i bez przygotowania nie podchodz do tematu, bo go tylko liźniesz, zamiast zglebic i to ze strata dla samego siebie. W sumie zrozumielam to na 100% dopiero po słowach poznanej przez nas w Angkor Warszawianki Martyny i jej chłopaka Krzyska. Jeszcze nam kiedyś o Bayonie poopowiadacie.

W George Town stoi jedna z najwyższych swego czasu budynkow Azji południowo wschodniej – Komtar. Wjechalismy tam za jedyne 5 zlotych by trafic w miejsce, którego się zupełnie nie spodziewaliśmy. Nasz kolega Chris prowadzi serwis www.opuszczone.com i kilka ostatnich pieter Komtaru mogloby się wlasciwie zalapac, prime property bez zywej duszy z rozpadającymi się meblami, kablami wystającymi ze scian, popekana podloga, uszkodonymi toaletami, wszystko z panoramicznym widokiem na cale miasto i okoliczne wzgórza i zatoki. Gdybysmy byli squattersami już byśmy się tam dekowali ze śpiworami. Zero kamer, ochrony, można normalnie wloczyc się po opuszczonych i zaniedbanych pietrach a nawet wejść na dach, cos niesamowitego.

Wieczory spedzalismy na Penangowym nabrzezu, gdzie niezaleznie od dnia tygodnia zbierala sie okoliczna ludnosc na towarzyskich pogawędkach. Plac przed ratuszem był tez okolica, w której zorganizowano pierwszy w tym miescie festiwal kultury japońskiej, z pokazami tanecznymi, kulinarnymi, sportowymi itp., a z racji, ze zawsze nas Japonia bardzo pociagala (z pewnoscia kiedyś pojedziemy) była to dla nas nie lada gratka i zupełny wlasciwie odlot, po raz kolejny na tej wyprawie miałem lzy radości w oczach, w sumie nie wiem dlaczego, było to jakieś mocno wciagajace. W zorganizownaej na te okoliczność loterii niestety biletow w te i w wewte do krainy kwitnącej wisni nie wygraliśmy (nic zresztą nie wygraliśmy) choć już w glowach reorganizowaliśmy dalsze plany. Na tym festiwalu chyba przez przypadek poznaliśmy jakiegos geniusza, koles pamietal wszystko jak w tym filmie Limitless, na wyrywki, wydarzenia z chińskiego kalendarza, godziny otwarcia lokalnych przybytkow (z rozróżnieniem na pory roku), minuta po minucie z katastrofy w Fukishimie, no wszystko. Szlismy jakiś czas potem ulica, pod takimi filarami, ze nas wlasciwie nie było widac, już w ogole zapomnieliśmy o kolesiu, a on jedzie przypadkowo rowerem i się drze: hello mrs monika and mr marcin, myśmy nawet zapomnieli, ze się mu przedstawilismy wtedy na tym festiwalu.

Chcialem jeszcze wspomnieć o jednej ciekawej rzeczy, a mianowicie, przez te pare miesięcy w ogole nie spotkaliśmy się z najmniejsza forma agresji. I to nie mowie, ze wobec nas konkretnie, a w ogole, w stosunkach międzyludzkich, normalnie ci ludzie się nawet nie kloca. A nie, raz w Kambodzy pod knajpa przez może 10 sekund lutowalo się dwóch kolesi, ale jeden szybko odpuscil i tyle było emocji. No ci ludzie sa jacys inni po prostu, Do tego spotakalismy się z bezinteresowna uczciwoscia, tego, ze zamiast banknotu 1 ringitowego za zamiast 50 ringitowego (ten sam kolor i rozmiar, latwo się pomylić na imprezie) i grzecznie zwracano mi na to z uśmiechem uwagę i ratowano przed wtopa nie wspominam. Ale pewnego dnia (nocy raczej) wrocilismy do chaty i Monia się pyta, gdzie mam plecak. A nosiłem w nim sprzet fotograficzny Moni o wartości znacznej. W każdym razie trochę się spielismy i bez słowa ruszyliśmy z powrotem w miasto na poszukiwania, najpierw na nabrzeże, gdzie ostatnio siedzieliśmy (oczywiście nie było) potem szybki pomyślunek, proba odtworzenie rundy po miescie i domyślenia się, gdzie to moglem zostawić i polgodzinny spacer do wytypowanej hinduskiej restauracji Jaya (zajebiste i tanie jedzenie) w której kierownik powital nas szerokim uśmiechem i wskazal miejsce, w którym przechowal zgubiony plecak, a minelo już dobrych pare godzin. Monia normalnie miała lzy  ulgi w oczach, ja się tak nie przejmowałem, bo mój aparat za tysiąc tez robi robi dobre foty. Podziekowalismy kolesiowi zajebiscie i już do końca pobytu w Penang jak tam zachodziliśmy mielismy powitanie przez samego kierownika i dobry serwis, jakbyśmy to my jemu zrobili przysluge a nie on  nam. Glupio by było jakby się ten sprzet zgubil bezpowrotnie.

Ostatniego dnia pojechaliśmy autobusem na wschod wyspy, generalnie mało się tam dzieje, turystow zero, ale co ciekawe nie wzbudzaliśmy wśród miejscowych większego zainteresowania. (Po drodze zatrzymalismy się jeszcze w Snake Temple, w której do dziś w eksponowanych miejscach leniwie leza weze. Legenda glosi, ze mnich, na ktorego czesc wzniesiono te swiatynie, w czasie ascezy w dżungli udzielil schronienia wezom, a po jego śmierci i powstaniu swiatyni te sympatyczne zwiarzaki same zaczely się do niej schodzić. Monia zastanawiala się w jaki sposób można udzielić schronienia wezom, ale doszliśmy do wniosku, ze chyba po prostu polega to na niewypedzaniu ich z szałasu, jak już przypelzna) Polecam te rejony tym, co nie przepadają za tłumami, a cenia sobie tradycyjna lokalna kuchnie, dawno nie jadlem tak dobrej ryby, a Monia i moja Mama dobrze gotuja, ale Mama rybe rzadko, w sumie może dobrze, bo wole mieso. Wracajac mielismy okazje nawiedzić cos w rodzaju polskich wielkich osiedli, no dramat, kraty zamiast okien wygladalo to jakby ci biedni ludzie zyli jak króliki w wielopietrowych klatkach, tragedia, bieda i mrówkowce, mogloby się wydawac idealne siedlisko wszelkiej masci patologii, tymczasem ludzie usmiechnieci, czysci i zadbani, az się nie chciało wierzyc. Może to wyjatkowo smaczny swiezo wycisniety sok z trzciny cukrowej tak na nich działa.

IMG_2813 IMG_2820 IMG_2824 IMG_2826 IMG_2828 IMG_2850 IMG_2848 IMG_2845 IMG_2844 IMG_2841 IMG_2857 IMG_2859 IMG_2870 IMG_2872 IMG_2881 IMG_2875 IMG_2874 IMG_2873 IMG_2902 IMG_2897 IMG_2896 IMG_2895 IMG_2891 IMG_2906 IMG_2912 IMG_2917 IMG_2922 IMG_2943 IMG_2938 IMG_2935 IMG_2930 IMG_2925 IMG_2965 IMG_2962 IMG_2958 IMG_2953 IMG_2947 IMG_2979 IMG_2982 IMG_2986 IMG_2989 IMG_2991 IMG_3011 IMG_3005 IMG_2996 IMG_2993 IMG_3039 WH3A1657 WH3A1650 WH3A1649 WH3A1661 WH3A1660 WH3A1663 WH3A1666 WH3A1668 WH3A1676 WH3A1675 WH3A1674 WH3A1672 WH3A1671 WH3A1677 WH3A1680 WH3A1681 WH3A1683 WH3A1685 WH3A1703 WH3A1702 WH3A1698 WH3A1690 WH3A1688 WH3A1734 WH3A1721 WH3A1714 WH3A1713 WH3A1709 WH3A1749 WH3A1745 WH3A1742 WH3A1741 WH3A1753 WH3A1755 WH3A1757 WH3A1760 WH3A1762 WH3A1735 WH3A1772 WH3A1775-2 WH3A1768 WH3A1763 WH3A1778 WH3A1781 WH3A1785 WH3A1786

IMG_3079 IMG_3078 IMG_3066 IMG_3062 IMG_3049 IMG_3047 IMG_3046 WH3A2331 WH3A2338 WH3A2356 IMG_3044 IMG_3045 WH3A2214 WH3A2191 WH3A2197 WH3A2140 WH3A2035 WH3A2027 WH3A1947 WH3A1966 WH3A1965 WH3A1945 WH3A2031 WH3A1906 WH3A1917 WH3A1942 WH3A1900 WH3A1879 WH3A1872 WH3A1866 WH3A1846 WH3A1845 WH3A1819 WH3A1815 WH3A1814 WH3A1839

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Z lotniska w Penang nalezy wziasc autobus 401 lub 401E w kierunku Jetty. Bilet kosztuje RM2,70. Pasazerowie liny Firefly jada za darmo po okazaniu karty pokladowej. Podroz trwa około 1godz.

Z dworca Jetty do glownych atrakcji jest około 10 minut, do Love Lane również 10 minut, prosto ulica Lebuch Chulia.

Ceny biletow autobusowych w Penang zaleza od ilości km, najdroższy kosztuje RM 4.00.

Bilet do Snake Temple: RM 2.70

Bilet do Batu Ferringi : RM 2.70

Bilet do Kok Li Temple: RM 2.00