Bilety na nocny autobus do Singapuru kupilismy na dworcu Pudu Raja, w okolicy którego znajdowal się nasz hotel w Kuala. Poczatkowo planowaliśmy pojechać nocnym pociągiem, ze względu na wygode takiego rozwiązania, ale na dwa, czy trzy dni przed planowana podroza wszystkie bilety były wyprzedane. Spiesznie udaliśmy się wiec na dworzec autobusowy, gdzie szybko okazało się, ze bilet został jeden. W ogole ten dworzec autobusowy tez jest miejscem ciekawym, człowiek od wejścia atakowany jest przez tlumy nagabywaczy, z nieostoznie zdradziwszy cel podrozy, niemalże za reke ciagniety do jednego z wielu okienek sprzedających bilety. Pewnie maja z tego jakas prowizje, ale przyznać trzeba, ze po ogarnieciu tematu okazywalo się, ze ceny w tych okienkach były jednakowe, wiec w sumie nie było to jakieś zlo. W każdym razie w każdym okienku mówili, ze bilet do Singapuru został jeden, wygladalo, ze wszystkie te okienka sprzedawaly po prostu bilety tego samego przewoźnika, który w dodatku odjezdzal z innego dworca, do którego musielibyśmy się telepac z plecakami, a się nam nie chciało. Po całym terminalu biega tlum lokalesow, większość z krotkofalowkami, dra się w mikrofon, następnie do ziomala stojącego na drugim końcu hali, następnie szukają nowych ofiar, jest tam chaos absolutny i wydaje się, ze nikt nad niczym nie panuje. Wiec biletow nie ma, ale podchodzi do nas laska z taka torba-przepuklina, jak te, w których nosimy paszporty i czesc kasy i mowi, ze spoko, ona bilety ma, dla obojga, a autobus jedzie z tego terminala. Nie chciało mi się wierzyc, bo ona nawet nie siedziała w okienku, tylko stala przed jednym z nich, a w innym okienku powiedzieli, ze biletow nie ma, a jak ktoś mowi, ze ma, to sciemnia. Ale Monia mowi, ze laska jest okej, cene miała taka jak wszędzie, wiec bilety kupiliśmy. Pytam się z jakiego peronu, a ona żeby przyjść na terminal o polnocy i ona będzie na nas czekac i zaprowadzi do autobusu. Troche to wygladalo podejrzanie, ale jak Monia mowi, żeby się nie przejmować, to z reguly słucham.  W każdym razie poszliśmy w dzień podrozy na ten terminal, hałas i zamieszanie z trzykrotnie większe niż w dzień, ale wszytsko poszlo okej, laske znaleźliśmy, ona znalazła jakiego dziwnego kolesia, który z terinalu wyprowadzil nas z 10 minut w miasto, ale ze poza nami była tylko jedna turystka, a reszta to byli lokalesi, nie martwiłem się zbytnio. Autobus przyjechal nieco spóźniony, ale dowiozl nas do Singapuru zgodnie z planem, wiec po calych tych przejściach wspominamy akcje jako mila.

W drodze prawie nie spaliśmy, a taki był plan i sens całego rozwiązania. Po pierwsze podróż była krotka, po drugie glosna i nie było zbyt wygodnie, po trzecie przerwana odprawa na mallezyjskeij granicy. W hostelu  (Green Kiwi na Lavender street, blisko Little India, super miescowka, wygodne lozka, usmiechnieta obsluga, dobre sniadania w cenie) zameldowaliśmy się około 6 rano, tym razem nie udwalo się wbic do pokoju przed czasem, bo wszystkie były zajete, czekac do czternastej nam się nie chciało, wiec ruszyliśmy prosto w miasto, lekko odurzeni zmeczeniem. Caly czas staraliśmy się trzymać na nogach i być pod wrazeniem nowego wielkiego miasta, bo gdy tylko siadaliśmy gdzies na chwile, od razu probowal morzyc nas sen. Minal ten temat około południa, obeszliśmy w ten dzień na piechotę caly Singapur, Little India, Chinatown, cala Marina Bay, czyli zatoke w sercu miasta wokół której wyrosły strzeliste centra finansowe, hotele, wieżowce mieszkalne, ekskluzywne hotele z Marina Bay Sands na czele, centra kulturalne itp. Singapur na pierwszu rzut oka wydaje się drogi, ale dla chcącego nic trudnego i ze spokojem znaleźliśmy przyzwoicie wygladajace knajpki gdzie serwowano jedzenie w przystępnych cenach, a po obadaniu tematu browary, których cena normalnie zabija, znaleźliśmy za chyba 8 zl za dwie male puszki, czyli tez do przyjęcia. W ogole zwrocilismy uwagę na jedna ciekawa rzecz, mianowicie, im droższy kraj, tym człowiek bardziej się pilnuje i w rezultacie wydaje mniej kasy, niż tam, gdzie wszystko wydaje się tanie. W Singapurze spodziawalismy się wydac fortune, tymczasem wyjechaliśmy ze spora rezerwa ichniejszych dolarów, co kazalo się potem zbawieniem, bo w srodku nocy na lotnisku w Cebu bankomat nie wypluł filipinskiej kasy i tylko dzięki tym dolarom wymienionym u chlopakow na lotnisku (pewnie po slabym kursie, ale co było robic) dojechaliśmy potem na Bantayan.

Na czas pobytu w Singapurze przypadala data wielkiego hinduskiego swieta Thaipusam, podczas którego wierni skladaja dziękczynne ofiary jednemu z bogów, zdaje się, ze synowi Sziwy (Monia napisze o tym pare slow i zilustruje zdjęciami, bo jest to swieto niezwykle). Spedzilismy na tym festiwalu caly dzień, towarzyszac jednej z grup pielgrzymow od samego początku, czyli przygotowan w swiatyni, poprzez ich kilkukilometrowa pielgrzymke do miejsca dziękczynienia, az po odpoczynek i wyjecie z siebie ichniejszych dewocjonaliów. Nie chce pisać za dużo, żeby się nie powtarzac tego, co chce napisac Monia, ale było to przezycie absolutnie niecodzienne, nie z tego wręcz swiata, w naszej kulturze mało kto o takich obrzędach w ogole mowi, niesamowita sprawa, do jakich poswiecen zdolni sa ludzie w imie religii. Oczywiście jeżeli nie wynika z tego nic w zyciu codziennym, to obrzędy sa nic nie warte, ale chce wierzyc, ze w ich przypadku jest inaczej. Co ciekawe spotkani później pielgrzymi (ci sami, którym tego dnia towarzyszyliśmy), po całym dniu katorgi, okazali się usmiechnietymi i w porządku chłopakami (ubranymi w koszulki Liverpooolu), którzy po zlozeniu swoich ofiar i zapewne odpoczynku, chcieli być tego wieczora z innymi pielgrzymami na trasie pochodu. Pisalem, ze mielismy w Singapurze nadwyzke budzetowa, i Thaipusam z pewnoscia się do tego przyczynil. Caly dzień częstowani byliśmy bowiem lokalnymi wegetariańskimi specjałami i napojami, ryz na ostro, ryz lagodny, dania z makaronu, ciecierzycy, jakies tradycyjne pieczywo, buleczki, obwarzanki, sok z mango, lemoniada, oranzada, caly czas wszystko w atmosferze wielkiego swieta jednej z największych lokalnych spolecznosci. W przeliczeniu na polskie wydalismy tego dnia zero złotych, a był to jeden z tych najbardziej intensywnych i obfitych w wydarzenia, byliśmy jeszcze na koncercie multikulturowego kwintetu grającego muzyke z pogranicza pop i rock (fajna muza, zobaczcie zywsze kawałki na youtube, zespol nazywa się Seyra), oraz na plenerowym koncercie muzyki symfonicznej mlodziezowej orkiestry, której nazwy nie pamiętam, a który to koncert odbywal się na platformie na zatoce przed centrum kulturalnym, w przepieknych okolicznosciach zaraz naprzeciw hotelu Marina Bay Sands z widokiem na centrum finansowe i caly skyline drapaczy chmur.

W Singapurze mieszka stosunkowo liczna spolecznosc rzymskich katolikow, jest kilka kosciolow, trafiliśmy przez przypadek na probe choru do jednego z nich, i była to sztuka przepiekna, przyznaje, ze jest to znacznie bliższe Europejczykowi. Przed kosciolem, o ile dobrze pamiętam na pamiatke jakiejś duszpasterskiej wizyty, stoi pomnik Jana Pawla II, taki polski akcent w singapurskim tyglu i mily gest ze strony mieszkających tam katolikow. Mysle jednak, ze Singapurczycy nigdy nie daliby się tak Watykanowi wydymać, jak naiwni rodacy na konkordacie.

Poczatkowo mielismy wrazenie takie, ze Singapur to nie jest Azja, tylko nowoczesne kosmopolityczne miasto wielkiego biznesu i nowoczesnej kultury (bo zapomniałem napisac, ze centrum sprawia wrazenie niesamowicie przemyślanej konstrukcji, jeżeli chodzi o szczegoly, ale tez konstrukcji niesamowicie ciekawie pomyslanej i przemyślanej architektonicznie, nawet przejscie podziemne może być dzielem sztuki i, mimo, ze nie jesteśmy architektami, ani nawet specjalnie obeznani w sztukach plastycznych, odnieśliśmy zgodne wrazenie, ze wszytsko jest po prostu dopieszczone i nie ma miejsca na przypadek. I tutaj faktycznie króluje nowoczesność. Nie ma nawet zbyt wielu jednosladow, czyli pojazdow krolujacych dosłownie wszędzie w biedniejszej Azji, które sa bardzo często podstawowym, bo jedynym srodkiem transportu calych rodzin. Ale wystarczy zboczyć z miejskich arterii i zaglebic się w mniejsze spolecznosci, by te lokalne smaczki, na skutek kontrastu z nowoczesnoscia, uderzaly po zmysłach ze zdwojona sila.  Mniejszosci, zwlaszca hinduska, chinska i malajska odcisnely swoje mocne piętno, podobne jak europejscy kolonizatorzy, ze swoim zwyczajowym wpływem na archtekture.

Po tych paru intensywnych dniach z singapurskiego lotniska, które samo w sobie jest swiatynia nowoczesności, i na którym pewnie nie nudzi się człowiek calymi godzinami, ruszyliśmy samolotem lokalnych linii Cebu Pacific na wyspe Cebu wlasnie, na Filipiny. Lot co prawda nocny, ale krotki, i tez ze spania nic nie wyszlo, bo dokazywaly dzieciory. Po ladowaniu i dopełnieniu procedur imigracyjnych, około czwartej rano, okazało się, ze bankomat odmowil współpracy i zmuszeni byliśmy wymienić na lokalna walute dolary singapurskie i parędziesiąt euraczy, które nam kiedys zostały po wycieczce do berlina. Na szczescie znalazł się na lotnisku ktoś, kto był w stanie dobic z nami takiej transakcji. Wyjscie z terminala to zawsze jest zderzenie z lokalna specyfika, warto poczytać o przygodach innych, bo ludzie spotykają się czasem nachalnoscia graniczaca z agresja, nas to raczej nie spotyka, ale lepiej jest być przygotowanym. Poza tym po jakims czasie człowiek uczy się jak z takimi naganiaczami postepowac, zwykle stanowcze nie i nienawiazywanie kontaktu wzrokowego zalatwia sprawę. Znalezlismy po chwili taksówkarza (taksowka zawsze na licznik i trzeba przypilnować, żeby został wlaczony), który nam się spodobal i za dobra cene zawiozl nas robiącymi przygnebiajace wrazenie ciemnymi uliczkami na North Bus Terminal, tam zlapalismy najblizszy lokalny autobus do portu Hagnaya, skad miał odplywac prom na wyspe Bantayan, do miasta Santa Fe, w którym miał nas odebrać Grochu, autor bloga breakdacycle.com Podroz autobusem była o dziwo zajebista, zaczynalo switac, a my powoli toczyliśmy się najpierw wzdłuż wybrzeża, potem przez dzungle, okoliczne wioski, w których niestety w oczy rzucala się duza bieda, az po sam port. Tam dowiedzieliśmy się, ze najbliższe promy sa odwołane, teorie padly dwie, albo za mało pasazerow, albo zbyt duże fale. Przesiedzielismy na tym terminalu pare godzin, ale w końcu dobiliśmy do tego Santa Fe (już nie chce nudzic, ten terminal to nie taki teminal, o jakim w pierwszej chwili pomyśli Europejczyk, ale obskurna wiata, z rozkręconym na maksa telewizorem, ludzmi raczej niezamożnymi, mowiac delikatnie, a których zainteresowanie niezmiennie budzimy, zwłaszcza Monia, ogolnie człowiek nie czuje się na 100% pewnie) Michal czekal na nas na pomoście, wsiedliśmy na dwa skutery, co z tymi plecakami na plecach i brzuchach nie było wcale proste, ani wygodne i dotarliśmy do wsi Maricaban, w której spędzimy następne 3 tygodnie.

IMG_3358 IMG_3362 IMG_3363 IMG_3398 IMG_3403 IMG_3405 IMG_3410 IMG_3411 IMG_3412 IMG_3414 IMG_3419 IMG_3438 IMG_3455 IMG_3460 IMG_3464 IMG_3483 IMG_3484 IMG_3503 IMG_3546 WH3A2941 WH3A2978 WH3A2983 WH3A3005 WH3A3012 WH3A3030 WH3A3050 WH3A3055 WH3A3065 WH3A3085 WH3A3091 WH3A3178 WH3A3196 WH3A3208 WH3A3958 WH3A3963 WH3A3969 WH3A3977 WH3A4016 WH3A4031 WH3A4033 WH3A4055 WH3A4057 WH3A4064 WH3A4066 WH3A4076 WH3A4089 WH3A4092 WH3A4117 WH3A4126 WH3A4130 WH3A4131 WH3A4143 WH3A4146 WH3A4148 WH3A4151-copy