Maricaban, polozona przy plazy  wies oddalona od Santa Fe o okolo 20 minut jazdy skuterem, to miejsce niezwykle. Jeszcze pare lat temu elektryczność była luksusem, czesc domow to wlasciwie szałasy z plecionki bambusowej, zycie toczy się powoli, zgodnie z rytmem natury, zywnosc pozyskuje się albo z morza, albo własnego przydomowego chowu i uprawy roślin. Pierwsza scenka rodzajowa we wsi: dwóch nastolatkow ciagnie prosiaka, ten kwiczy wnieboglosy, pytam się co z nim zrobia, lekko zdziwieni stanowczo odpowiadają ‘kill!’, pytam dalej ‘dlaczego?’ To popatrzyli na mnie jak na głupka, powiedzieli tylko z wyrazem oczywistości w oczach ‘to cook’, wzieli prosiaka na ramie do góry wierzgajacymi nogami i poszli w swoja strone. Lokalne sklepiki to drewniane budki otwarte caly dzień, a i w nocy daje rade sklepikarza obudzić i kupic co trzeba, bo mieszka zaraz obok. Michal z breakdacycle.com osiedlil się tutaj pare lat temu, początkowo mieszkal w domu lokalesow, z tego co można zaobserwować wtopil się w lokalna spolecznosc i zyje z nimi jak swój. Na obrzeżach wsi z pomocą lokalnych chlopakow postawil calkiem spory, a jednak pasujący do otoczenia parterowy dom, ogolnie dom zajebisty, była możliwość zatrzymanie się tam zamiast szukania drogich osrodkow, wiec skwapliwie skorzystaliśmy. Gdyby jakas zblakana dusza znalazła się w tych okolicach, skontaktujcie się z Grochem i pogadajcie bo warto. Opowiadal co prawda o roznych dziwnych gościach, którzy czasem do niego trafiają, ale taka chyba jest czesc natury tego biznesu, myśmy trafili samych pozytywow. Polecamy miejscowke, bo jest niesamowita, dom ma wszystko czego potrzeba, lodowka zaopatrzona (ceny jak w sklepie), na zamówienie codzienna dostawa swiezych owocow, ryb, owocow morza, możliwość wynajęcia lodzi, niezwykle sympatyczna rodzinka gospodarzy (Michal ma zone DenDen i coreczke Juanite). Poproscie DenDen i przygotowanie posiłku ze swiezych ryb i owocow morza z lokalnego marketu, wszystko palce lizac, absolutnym hitem jest salatka z wodorostami, ryby, malze, krewetki, przegrzebki, no uczta.

W Santa Fe na ulicach uczęszczanych przez turystow człowiek czuje, ze jego kieszen jest obiektem pozadania. Tych turystow jest na tyle mało, ze każdy jest lakomym kaskiem, czy to dla kierowcow czegos na kształt trójkołowych riksz z wozkiem z boku (oferują podwozke nawet na dystanse rzedu dosłownie 100 metrow,  przydrożnych restauracji, barow, sklepow itp. Trafiaja się slabe historie, kiedy jest się narażonym na niegroźne, acz bezczelne oszustwo. Zdarzylo się, ze po zaniesieniu paru ometkowanych towarów do kasy (ceny na tych metkach z grubsza zgadzaly się z cenami w innych sklepach) kobieta podlicza wszystko po cenach z 50% wyższych, a na prosbe o wyjaśnienie probuje wciskać ciemnote, ze na metakch to nie ceny, tylko specjalny kod, po którym ona poznaje jaka naprawdę jest cena. No rece opadają, opuscilismy lokal. Ceny ogolnie sa niskie, zakwaterowanie z ośrodkach od 40 zl w gore (u Michala nieco taniej, ale może zaleznie od sezonu), browar 4 zl za litr, obiad w knajpie z 15zl, kilo swiezych ryb 8zl w Maricabanie, 15zl w miesie, lokalny rum i brandy 7zl. Na targach dostępne wszystko, czego trzeba. Kiszonej kapusty naturalnie jednak nie było, a ze chodzila za nami od jakiegoś czasu, ukisiłem własnoręcznie (dwukrotnie), wyszla super, może trochę slona, ale akurat lubimy slone. Z kasa daje rade, na wyspie sa 2 bankomaty w Bantayan City, Grochu ostrzegal, ze jest non stop kolejka, a w weekend nie ma kasy, ale się nie potwierdzilo, znaczy kolejka była, ale krotka, a Daro wyciagal monete w niedziele.

Bo pierwszego dnia pobytu na Filipinach spotkaliśmy urocza rodzinke z Warszawy i jak tak teraz patrzymy wstecz to od momentu spotkania spedzilismy z nimi chyba kazda chwile, az do ich wyjazdu, podczas którego Monia az się z zalu poryczała. (Oni mieli od nas trochę spokoju, bo wstawali z samego rana, a my gniliśmy dluzej, za to zawsze po przebudzeniu na klamce naszego domku wisiala siateczka swiezutkiego pieczywa, dziękujemy warszawskie krasnoludki) No super ludzie, których pewnie nigdy w zyciu nie mielibysmy okazji poznac w Polsce, bo, bez wchodzenia w szczegoly, jesteśmy z nieco innych swiatow. Ogolnie zajebiste w podróżowaniu jest tez to, ze poznaje się człowieka naturalnego, jest on dokładnie tym co sobą tu i teraz reprezentuje, jest się ubranym w te same ciuchy, razem się je, imprezuje, gada, konwenanse, uprzedzenia, jakieś ograniczenia wynikające z pozycji społecznej itp., wszystkie takie rzeczy zostają gdzie indziej. Spotykasz na końcu swiata człowieka i albo jest fajny i z nim spędzasz czas, albo niefajny i każdy idzie w swoja strone. A my mamy szczescie.  Tak wlasnie było z Ania, Darkiem i Mackiem, mamy wrazenie, ze mocno się polubiliśmy i pożegnanie przystani promowej w Santa Fe nie było naszym ostatnim browarkiem. Darek pracuje najogólniej rzecz biorac w kawie i musi być fanem (o ile nie fanatykiem), bo kto na wakacje w tropiki pakuje do walizki ekspres ciśnieniowy i kilka gatunkow ekskluzywnych kaw. Osobiscie na codzien nie pijam, Monia tez raczej jak już to  slodka, ze smietanka, ale uczciwie przyznam, ze było cos intrygującego w tych serwowanych przez Darka filiżankach, z pewnoscia na ogolny odbior wplynelo towarzystwo i okoliczności przyrody, bo zapomniałem napisac, ze Darki po chyba trzech dniach przeniosły się z Maricabanu do samego Santa Fe, obwieścili, ze dla nas tez znaleźli domek w ośrodku i ze mamy smigac z nimi i zostać w miasteczku do czasu ich wyjazdu. Byliśmy nieco zaskoczeni, ale pomysl wydal się ciekawy, pogadaliśmy z Grochem, który nie miał problemu, zebysmy go na te 4 chyba dni opuścili i takim sposobem znaleźliśmy się ośrodku Budyong i kolejne dni spedzalismy na tarasie oddalonego o 5 metrow od brzegu bungalowa, widoki przepiękne.

Santa Fe obeszlismy kilkakrotnie, za każdym razem trafiając na rzeczy niespotykane, albo co najmniej bardzo ciekawe. Lokalna dzieciarnia jest fantastyczna, zwłaszcza dalej od centrum, gdzie jest się swego rodzaju ewenementem. Ania była zaopatrzona w upominki dla tych dzieci, słodycze, czestowala ich drożdżówkami itp., a one ja po prostu uwielbialy, same pchaly się przed obiektyw, rzucaly na szyje, no odpal. Nieco barbarzynska rozrywka lokalnej ludności sa walki kogutow, dość halasliwe i zywiolowo reagujące towarzystwo z ciekawym rodzajem zacięcia w oczach większości. Walki sa poprzedzone rytualem podkurwiania tych kogutow na siebie, one tam się stroszą, a w międzyczasie dość dużym chaosie wśród okrzykow przyjmowane sa zakłady. W razie wygranej otrzymuje się 170% postawionej kwoty, bo 30% wyplaty zostaje w kieszeni tak zwanego bukmachera. Radosc po wygranej okazywana jest szczerz i glosno, niestety przy największych wybuchach radości nie udało mi się ustalić o jakiego rzedu kwoty chodzilo. Wokół ringu i takiej dróżki prowadzącej do wyjścia (acha, zapomnialem, bilet po 1,60zl) rozlokowane sa stoiska oferujące grillowane udka, skrzydełka i inne drobiowe czastki. Biorac pod uwagę lokalizacje, można spokojnie domniemywać, ze co 10 minut maja swiezy towar. Troche człowiekowi zal tych kogutow, ale nie patrzylo im z oczu jakos specjalnie inteligentnie, a smierc wygladala na szybka.

cdn…