Mial byc Bangkok podejscie numer trzy, potem runda na polnoc I odwiedziny w Laosie, nasluchalismy sie mnostwa poztywnych opinii, wiele osob mocno polecalo, a ceny dodatkowo zachecaly. Wiec te bilety do Bangkoku cierpliwie czekaly w systemie, a nam coraz bardziej podobaly się Filipiny, mimo, ze caly czas jak na razie spędzamy na Bantayanie, a może wlasnie dlatego. W każdym razie siedzimy wlasnie w autobusie, który spod Cebu City, konkretnie Mandaue, wiezie nas z powrotem w strone miejscowości Hagnaya i dalej prom z powrotem na Bantayan, a w paszportach schna pieczatki po przedluzonej wizie. Tajczyki musza na razie poczekać, mamy teraz papier na pobyt do końca marca i pewnie dużo szybciej się stad nie ruszymy, znaczy z Filipin, bo po wyspach pewnie poskaczemy, szkoda by było tego nie robic, miejscówki sa fantastyczne, do tego kusi nurkowanie, czego tutaj nie ma. Po pierwszym telefonie do Cebu Pacific wiedzieliśmy tyle, ze bilet, owszem, można anulować, ale zwrotu kasy nie będzie, czyli wlasciwie wiedzilismy tyle, ile przed ta dość w sumie zabawna rozmowa telefoniczna. Okazalo się potem, ze da rade w ciągu 90 dni większość kwoty wykorzystać na zakup innych biletow tych linii, wiec w sumie spoko, bo i tak do tego Bangkoku będziemy smigac na tajski nowy rok, żeby zakonczyc z przytupem. W każdym razie zostajemy, na razie u Grocha, ale chyba trzeba będzie pokombinować, bo sa okresy, ze chłopak nie ma wakatow. Się pomyśli. Dzis na przedluzke tej wizy ruszyliśmy we trojke na skuterze o czwartej rano, by zlapac pierwszy prom na wyspe Cebu (jest tam najbliższe biuro imigracyjne) o piatej rano. Chodzilo o to, żeby te wize przedluzyc i wrocic tego samego dnia, a podróż w jedna strone trwa co najmniej 5 godzin jak nie więcej (prom to z półtorej godziny minimum, potem ponad trzy godziny autobus do Mandaue, szukanie urzędu (to nam odpadlo, bo normalnie caly autobus z przejeciem nam pokazywal gdzie i kiedy wyskoczyć zamiast jechać na terminal i stamtąd brac taksowke. Cala procedura potrwała z pol godziny, może trochę dluzej, ale jest jedenasta jesteśmy w drodze z powrotem na prom, wiec wygląda to dobrze. Ostatni odchodzi co prawda dopiero o 17:30, ale te ostatnie lubia wypadac, a nie uśmiecha się nam szukanie w ciemno noclegu w Hagnai. Autobus dalo rade zlapac z ruchu ulicznego po prostu machając, wiec odpadla nam tez konieczność jazdy na terminal. O matko, ale nudze.

Sama przedluzka wizy to była formalność, w ogole zauwazylem, ze nikt tu na nic nie patrzy (nie tylko na Filipinach, w ogole w tej części Azji) i o ile wszystkie rubryki jakichś tam formularzy sa wypelnione (porządek musi być), to urząd jest zadowolony i klepnie jak leci. Nasi znajomi podrozuja aktualnie po Ameryce południowej i pisali, ze trzeba było naprędce kombinować dla urzędnika imigracyjnego rzeczywisty adres miejsca, w którym ma się zamiar zatrzymać (to nie jest nigdy problem, jak się wie wcześniej, bo można wpisac jakikolwiek hotel z intenetu, w samolocie na to za pozno), a potem jeszcze ten urzędnik o ten adres wypytywal. No normalnie albo pech, albo jakas wyzsza kulturwa biurwokracji. Zdarzalo się nam dosłownie wpisac zamiast tego adresu zatrzymania: dom kolegi, bantayan, filipiny, a dzisiaj w rubryce referencje wpisaliśmy dane kontaktowe kolesia, który wozi nas skuterem, jak nie możemy jechać sami, bo Monia miala akurat jego numer pod reka i w ogole nikt nie mrugnal okiem. Imie nazwisko, miejscowość wszystko w tym temacie. Po tej akcji w Ameryce chyba jednak zaczniemy wpisywać cos, co chociaż wygląda jak adres, bo po co kusic los dla jakiejś zgrywy. Z tym chłopakiem na skuterze to jeździmy normalnie we trojke, policja nic nie robi, na początku jak widziałem taka zaloge na motorze to chciałem robic zdjęcia, teraz sami tak smigamy i nic w tym nie ma dziwnego. A typ jest taki, ze na początku nie było wiadomo o co chodzi, dom ma w centrum tej okolicy, w której mieszka rodzina DenDen, mieni się ta chata wszystkimi kolorami teczy, udekorowal farba nawet okoliczne palmy, na ganku zrobil cos na kształt mini ogrodu botanicznego polaczonego z plenerowa galeria, bo jest ogolnie rzeźbiarzem, trzeba to jeszcze sfotografować. Zasadniczo wioska ma trochę podsmiechujke, ale chłopak jest na maksa w porządku, my go bardzo lubimy.

W każdym razie jesteśmy kupieni przez te cale Filipiny, znaczy nie cale, tylko to co widzieliśmy, wiadomo o co chodzi. Zycie plynie leniwie, ale jest plaza, jest slonce, jest tanio, jest bardzo sympatycznie, co chwila pojawiają się tu i owdzie nowe ekipy (i w zyciu by człowiek przed wyjazdem nie pomyslal jak się ciagle otwieraja nowe możliwości) wiec jest to fajny odpoczynek po paru intensywnych miesiącach ostatnich. Zreszta w zamysle od początku miało to wygladac tak, ze te dwa miesiące zostaniemy na Filipinach i tylko jakies takie dziwne wrazenie odniesione na początku sprawilo, ze pospiesznie i pochopnie kupiliśmy te bilety do Bangkoku. Po paru dniach człowiek wsiąka, na wsi jest jeden ośrodek wypoczynkowy z sześcioma małymi domkami, może w sumie więcej jest tych osrodkow, ale o nich nie wiemy, to nie jest miejsce turystyczne,  mieszkamy u chłopaka, który jest w związku z Filipinka i ma z nia corke, sila rzeczy wniknal w lokalny klimat i my, jako jego goście, zostalismy również bardzo cieplo przyjęci i non stop spotykamy się z wyrazami sympatii i zyczliwosci.