[To jest druga czesc wynurzen z autobusu z Mandaue do Hagnai, bo jechal i jechal, wiec Monia podzielila na dwa wpisy, troche sie rozpisalem, a chcialem wlasciwie wspomniec o dwóch mocnych akcjach z ostatnich paru dni.] Otoz ja kiedyś byłem świadkiem świniobicia, ale chyba nic nie pamiętam poza ta wiszaca za noge swinia, a może w ogole mi się wydaje. Monia z tego co wiem, tez w takim czyms nie brala udziału. A tu lokalsi ze wsi  ubili, wyprawili, zajebiscie przyprawili nam calkiem sporego swiniaka i razem upiekliśmy go na roznie u Grocha na podworku, no po prostu nie mogliśmy uwierzyć. Wszystko na naszych oczach, jedynie wyciągania wnętrzności nie ogladalismy, bo ostrzegano, ze może zepsuc apetyt. Az tak bardzo nas to nie interesowalo, żeby ryzykować. W każdym razie ten swiniak, no bajka, wlali do niego jakas marynatę z warzywami, cebula, czosnkiem, porem i jakimiś innymi lokalnymi przyprawami i ziolami. Co ciekawe zanim panowie zaszyli brzuch prosiaka z ta marynata w srodku nalali jeszcze do srodka ze dwie butle Sprite’a i polalewali go i marynata i spritem jak się tak na tym pędzonym reczna korbka roznie obracal. Cale zamieszanie trwalo caly dzień, tak od południa po pozne godziny wieczorme, zeszla się cala rodzina z wioski, znajomi, dzieciaki, nawet przez moment zastanawiałem się, czy dla wszystkich wystarczy, ale jemy swiniaka do dzisiaj (poniedziałek), a pieczony był w sobote. Chrupiaca skora z takiego zwierzaka to jest po prostu cymes, te przyprawy i marynata wcierana pedzelkeim zrobionym z trawy cytrynowej, dodatkowo chyba ten slodki sprite ja jakos dodatkowo karmelizuje, jakby to  ladnie sciac i podac to normalnie ma to potencjal na michelin star dish, zupełnie nie przesadzam (chociaz w sumie nie bardzo mogę takie opinie wyglaszac, bo w gwiazdkowanej restauracji jeszcze nie byliśmy) No wiec ta swinia to był wypas, poporcjowana na lisciach banana u Michala w kuchni, uczta dla wszystkich, potem z tego, czego nie zjedliśmy prosto z rozna DenDen ugotowala wielki kociołek lokalnego takiego gulaszu (stew), tez z ziolami, imbirem itp., tez jemy do dzisiaj. Przez te swinie w ogole ostatnio nie jem ryb, chociaż ryby sa w chacie codziennie, w Maricabanie jest maly ryneczek, gdzie swieze ryby sa codziennie i tez albo je grillujemy, albo robimy na parze. Kilo za 8zl, wiec dobra cena, dwa razy dziennie swiezy towar, chyba, ze jest wysoka fala. Raz rybak nie wrocil, wyslali misje ratunkowa, bo pomyśleli, ze przez te fale skonczylo mu się paliwo, ale wszystko dobrze się skonczylo, chlop zyje. Nie zyje za to jedenastu innych smialkow, którzy plyneli lodzia rybacka z Cebu, bo ze względu na warunki pogodowe (wysoka fala) nie kursowaly promy. Niestety lodz nie dala rady no i zle to się dla tamtej załogi skonczylo, ale podobno to nic nadzwyczajnego, ze rybacy woza pasazerow gdy ze względu na niepogodę zawieszony jest prom. Ta jedenastka to pare dni przed naszym przyjazdem. A już po przyjeździe we wsi rozbila się na palmie dwojka imprezowiczow wracajaca po pijaku skuterem z jakiejś imprezy. Tyle wiem od sasiadow, skuter stoi do dzisiaj pod postetunkiem policji w Santa Fe, chyba robi za straszak i wyzwalacz nowych porcji zdrowego rozsądku.

Wracajac do akcji, druga była taka, ze do wsi przyjechala taka objazdowa dyskoteka, na której wcześniej byliśmy w Santa Fe i poszliśmy cala ekipa po wszamaniu tego swiniaka. Odbywalo się to na wiejskim boisku do koszykówki, bo tutaj każdy ma na punkcie koszykówki fiola, zaszczepili im te milosc oczywiście Amerykanie w ramach krzewienia kultury fizycznej podczas swojej tutaj bytności. Boisko do koszykówki jest w każdej wsi, a do tego na wielu palmach sa domowej roboty tablice, obręcze, cos jak w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczynali pokazywać w polskiej telewizji lige amerykanska, pamiętam jak dziś, hej, hej, tu NBA, Szaranowicz chyba, sam mielm dwa kosze na podworku za domem. We wsi od paru dni rozgrywany był turniej koszykówki, az sam się dziwiłem, bo chłopaki lupali non stop, a az tylu ich we wiosce nie ma. Podobno zjezdzaja się z całej wyspy. I to boisko robilo potem wieczorem za dancefloor z tym, ze tance wygladaly tak, jak pisałem wcześniej, czyli po wybrzmieniu piosenki wszyscy schodzili z pola walki tutaj jeszcze dodatkowo wychodząc z terenu zabawy i stajac za plotem z rekami tak przewieszonymi jak miał Kazmirz Pawlak jak wolal Kargula do plota. Jakos Grochu tak to zorganizowal, ze wstawili nam na to boisko stol i krzesła i cala ekipa, razem z rodzina ze wsi zasiedliśmy przy tym stole, normalnie loza VIP, ci nastoletni lokalsi wokól ogrodzenia, obcinka, komentzarze, dodatkowo jak tanczylismy z ekipa (było nas z szescioro Polakow chyba), a już pisałem, ze narod tu niezbyt wyrosniety, wiec tak cala reszta nam siegala może do piersi maksymalnie, takie to było trochę abstrakcyjne, jakbyśmy tam z innego swiata przyjechali, co po części jest w sumie prawda. Impreza była zajebista i dawno się tak nie wytanczylem do tak gownianej muzy, w sensie co kto lubi, ale to nie była nasza bajka. Wtedy nie było to jednak istotne, let the beat control your body. Wjezdzajac w szostke na taka dyskotekę w nieznajomej wsi w Polsce można pewnie w najlepszym przypadku zaliczyć sztachetami po nerach, ogolnie nawet myslalem, czy ta nasza vip loza, aneksja dancefloora i ogolnie zachowywanie się jak u siebie (ale przypominam, ze wśród nas była grupa Filipinczykow z klanu mieszkającego w tej samej wsi, ich fyrtel zaczynal się wlasciwie 50 metrow dalej po drugiej stronie ulicy) no wiec zastanawia;lem się, czy nie odbiorą naszego zachowania za prowokacyjne, ale chyba nie odebrali, bo problemów nie było.

Ciag dalszy nastapi, bo zostajemy z wielka radoscia. Za chwila przesiadka na prom z Hagnai do Santa Fe. Obawialem się trochę tej wyprawy, bo po pierwsze pobudka o 03:45, a o tej godzinie to my często jeszcze nie idziemy nawet spac, a po drugie plan był napięty. Ale wygląda na to, ze nie trzeba się było martwic na zapas. Nigdy nie warto. Pozdro.