Dzien po naszym powrocie z Cebu, z tej wyprawy po przedluzana wize, uformowal się na południowy zachod od nas przesuwający się w strone Indonezji tropikalny tajfun. Bantayan był jedynie musniety, ze dwa, trzy dni padalo i mocniej wialo, jednego dnia nie było pradu i wody, siedzieliśmy i gadaliśmy w salonie wokół stolu przy swieczkach i drinkach, bo co było robic. Czesc promow na Cebu była odwolana, na szczescie nie odwlekaliśmy wyjazdu tam do samego końca, bo trzeba by było kombinować.

Wspominalem wczesniej, ze duza wage na Filipinach przywizuje sie do najogolniej mowiac magii, czarow, wrozb i luźno powiazanej z tym wszystkim medycyny naturalnej. W wiosce w której mieszkamy jest dwóch szamanow, jeden zajmuje się sprawami związanymi z ladem, drugi z woda. Nigdy z Monia nie czulismy, jak to dzisiaj mawia mlodziez, zajawek na tego typu tematy, wiec nie bardzo mielismy z nimi do czynienia. Gdy zaproponowano nam po przyjeździe leczniczo-magiczne seanse, jako lokalna atrakcje niespecjalnie dostepna dla każdego turysty ośrodkowego to jednak grzecznie odmowilismy i podziekowalismy. Ale gdy przypadaly okragle pierdziesiate urodziny jednego z szamanow i zostaliśmy z ekipa z Polski zaproszeni jako międzynarodowi honorowi goście, to już nawet nie tyle niezręcznie było odmowic, co po prostu wbiliśmy na impreze z checia, radoscia, ciekawoscia i ekscytacja. By dojść do chatki szamana trzeba zapuscic się nieco wglab wyspy, w sumie niedaleko, ale sciezka jest waska, kreta i co kawalek wyrastają na niej ostre jak cholera skaly koralowe. W drodze na balet już zmierzchalo, wiec niektórzy zapobiegawczo zamiast klapek założyli adidasy. Ci mniej cwani do dzisiaj pielegnuja trudno gojące się w tropikach rany, zra antybiotyki i klna, ze nie mogą nawet lyknac browara. Wracalismy bowiem w ciemnościach i po imprezie się jakby latwiej z kretych sciezek wypada, wiec wypadl jeden Mareczek, chłopak z Dublina, znaczy z Polski, ale mieszka w Dublinie, zeglarz, masarz-amator, joker, ekonom, podroznik, człowiek encyklopedia oraz erotoman gawędziarz. Jednym słowem zajebisty kolo i tez mysle, ze nie jest to nasze ostatnie spotkanie, bo po pierwsze primo jesteśmy już ustawieni na letnia wizyte w Irlandii, po drugie primo pociąga nas żeglarstwo, a uchylają się drzwi, po trzecie primo bliski kumpel Marka ma szkole nurkowa na Mauritiusie, wiec bedziemy badac temat praktyk nurkowych nie tylko na Koh Tao, a po czwarte i ostatnie primo ultimo to naprawdę fajny chłopak. Ale do rzeczy: zanim dotarliśmy do chaty szamana zrobilo się już zupełnie ciemno, przed chata, pod taka wiata siedziało przy stole ze 20 może 30 osob, a sam szaman był już wlasciwie gotowy. Nie wiem, czym się wprowadzil na wyższy poziom swiadomosci, ale wygladalo na to, ze najpowszechniejszym, ogolnodostepnym plynem znanym człowiekowi pod kazda szerokoscia i dlugoscia geograficzna. Przywitalismy się z gospodarzem, zlozylismy zyczenia, postawilismy przed towarzystwem krate browara i pare butelek rumu i usiedliśmy na naprędce zorganizowanych lawkach. Towarzystwo slabo było widać, a w takich okolicznościach ciężko o integracje, ale nasza ekipa wyjela zabrane z mysla o drodze powrotnej latarki, podwiesilismy je pod ta wiata i było dużo lepiej. Lokalesi zorientowali się chyba wtedy, ze faktycznie bez swiatla się slabo w nocy siedzi i zaczelo się jakies zamieszania. By nie nudzic, wiata za kilkanaście minut była normalnie rozswietlona zarowkami a prad pociagniety przez zarosla przedluzaczami z wioski, w pobliżu której szaman mieszkal. Wtedy się zaczelo na dobre, nie będę się rozpisywal, ale wspomnę, ze ta wies i ta chata to był totalny zywiec, native w czystej postaci, ludzie biedni, acz jak zwykle otwarci i zaciekawieni, na swój sposób dumni i zaszczyceni, ze pod ich dachem, przy ich stole zasiadają tak znakomici, międzynarodowi goście. Grochy mowi, ze będą ten wieczor długo na wyspie wspominać. Poczestunek skladal się z rosolu, Monia mowila, ze mieso jakies inne od tego, do którego przywykliśmy, kura okazala się kogutem i to z tych walecznych, nie tłustych, do tego jakiś ryz itp. Zjedlismy nie tylko z grzeczności, ale wlasciewie zapetytem wywołanym ciekawoscia. Poczatkowo czesc gości twierdzila, ze glosne spiewy w dżungli nie wroza nic dobrego, ale szaman powiedział, ze spoko, dawajcie, wiec najpierw nasza ekipa po polsku, a potem oni po filipińsku, odśpiewalismy huczne ‘sto lat’ i nastapil etap zwany pogaduchami, czy jak kto woli zajęciami w podgrupach, porobiliśmy pare fotek. To nowu potrwało pare godzin i tak chyba przed polnoca ktoś rzucil haslo, ze w wiosce jest maszyna do karaoke. Wspominalem, ze Filipinczycy to uwielbiają i maszyna musi być i basta, nawet jak nie ma pralki, czy odkurzacza, hehehhe z tym odkurzaczem to już se robie jaja, nie ma takiego wynalazku w ogole, a i nie wiem, czy w Maricabanie ktoś, poza Grochem, dysponuje pralka. Ale uderzyliśmy z chaty szamana prosto na to karaoke i było znow super, maszyna przykryta strzecha, wokół niej zgromadzieni mieszkancy wsi, każdy po kolei bierze mikrofon, wybiera z katalogu numer piosenki (sa do wyboru piosenki w roznych jezykach, polskiego niestety nie było, ale wybor był imponujący, katalog grubasny) i zaczyna się wystep, po którym maszyna wystawia note za walory artystyczne i zgodność z oryginalem. Podklad muzyczny jest profesjonalny (jak ktoś ogladal ‘Szanse na sukces’ to wie o co biega), zatem bez linii malodycznej, wiec mój ‘New York, New York’ Franka Sinatry wyszedł tak se średnio na jeża, na pocieszenie wiem, ze to trudna piosenka. Było około polnocy, wies bawila się w najlepsze, a kilkuletnie dzieci ani myslaly o snie. Tez miałem wrazenie, ze nasze odwiedziny były takim w tej wiosce malym wydarzeniem, nieczesto się pewnie zdarza, ze w srodku nocy trafia tam zagraniczna ekipa i do tego mocno rozspiewana, no bo przecież byliśmy już po urodzinach.

Ciekawa sprawa jest filipińskie nieformalne przywitanie, polegające na szerokim rozwarciu oczu i jednoczesnym podniesieniu obu brwi polaczone z ruchem glowy w gore (taki ruch jak w naszym dzień dobry, tylko zamiast pochylać glowe, zadziera się nos do góry). Uwagę na to zwrocil Mareczek (uważny obserwator rzeczywistości) i jakos nas wzielo, bo nie wiem czemu gest wydaje się bardzo komiczny. Dziewiec na dziesięć osob zareaguje odwazajemnieniem takiego powitania, ta jedna jest po prostu zbyt zdziwiona. No wiec chodzimy po wsi (bo żeby dojść do plazy trzeba przez czesc wsi przejść, jakies 5 minut) i tak zadzieramy te nosy, rozwiaramy powieki i unosimy brwi, to samo gdy wjezdzamy skuterem do Santa Fe, czy Bantayanu. I tak trzeba zwolnic, bo ruch (glownie piesi i pędzone pedałami tricykle) bywa natężony i nieprzewidywalny, wiec dlaczego nie umilic sobie podrozy witając mieszkancow odwiedzanego miasteczka w sposób tylko im znany. Budzi to niezmiennie sympatyczna reakcje, dodatkowo jest niezwykle ciekawe, bo naprade przysiaglbym, ze każdy miejscowy wypracowal dla siebie jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny styl.

Na Bantayanie pojawila się tez nowa ekipa, dwóch chlopakow z Wroclawia, którzy fajnie kombinuja, by osiedlić się w tropikach, a czarna robote odwalac zdalnie przez siec, sa bowiem informatykami, Mateusz jest programista i siedząc z nami wieczorem przy stole klepie kod serwisom internetowym, a Andrzeju zajmuje się grafika. Scenka rodzajowa: siedzimy wszyscy razem poznym wieczorem i gadamy o pierdolach, normalna towarzyska nasiadowa, mlodzi jednak maja przed soba kompy i pada pytanie: ‘to co chlopaki, kiedy kończycie prace?’ Z tej dwojki rekrutuje się kolejny kaleka na chacie, Mat bowiem zaliczyl potencjalnie grozny slizg na motorku i przez ostatnie dni przyjmuje przeciwinfekcyjne antybiotyki, na widok browara obchodzi się ze zloscia smakiem i lize rany, które jednak wydaja się wygladac coraz lepiej. Trzymamy kciuki. Kontuzja nie przeszkodzila mu jednak zaangazowac się w pomoc przy przygotowywaniu jackfruit curry, czyli curry z jackfruita (normalnie by się moja profesorka od translatoryki az wzdrygnela widzac to jakze zgrabne tłumaczenie. Ale przecież curry to każdy wie co to jest, a jackfruit to z kolei ja nie wiem jak jest po polsku. Owoc jest wielkości tak ze dwóch pilek lekarskich, czyli ogromny i niełatwo go oprawić, wyszukaliśmy na youtubie instrukcje, która nam slabo chodzila ze względy na bardzo slabe lacze i poszliśmy na zywiol. Kroil Mateusz i po chwili miał łapy tak upieprzone czym, co w konzystencji przypominalo taka bardzo rzadka i wyjątkowo lepka, klejaca gume do zucia. No nie chciało to za cholerę zejść z lap, ani alkoholem (takim czystym, do celów medycznych), ani piaskiem, ani sola, chyba tez octu probowalismy, masakra, a Mati jeszcze musial pracować tego wieczoru. Trzeba było się jednak przeprosić z internetem i jakos otworzyć googla, naswietlic mu problem i dowiedzieć się, ze kleista mase najlepiej usuwac olejem kokosowym. Zeszlo po minucie, potega wiedzy w internecie znowu o sobie przypomniała. Po wspólnym uporaniu się z tymi brudnymi lapami i sajgonem w kuchni, Monia przygotowala z tego jackfriuta smakowite curry z ryzem. Wyszlo to fajnie, z kokosami, chilli, czosnkiem, imbirem itd., bo ten owoc ma bardzo ciekawa teksturę (fakturę?) i smak, często określany jest mianem vegetable meat, czyli warzywnego miesa (tez mało zgrabne tłumaczenie)

Wies, a wlasciwie te spora czesc, w której się zatrzymaliśmy, zamieszkuje polaczony wiezami rodzinnymi klan i wszyscy zyja ze sobą w dużej bliskości, zarówno fizycznej (chałupy sa postawione blisko siebie, mieszkancy co rusz maja okazje do interakcji) jak i psychicznej, czuje się, ze każdy z każdym nauczyl się koegzystować w harmonii i zgodzie, nie ma tutaj zresztą innej opcji. Nie ma tutaj miejsca na izolacje, w przeciwieństwie do miast, w których paradoksalnie mieszkają tlumy, a niejeden czuje się samotny i, co niezwykle smutne, zasadniczo da się przezyc cale zycie nie nie angazujac się w bliższe relacje z kimkolwiek, taka samotność w tlumie. Tego tu nie ma.

filmik: 100 lat dla szamana po polsku i filipinsku